Top 15 Seriali – część pierwsza (15-11)

Top seriali - częśc pierwsza

Mniej-więcej od dekady możemy zaobserwować zjawisko masowego wysypu dobrych seriali, które rozmachem wcale nie ustępują hollywoodzkim hitom, a mając na opowiedzenie swojej historii o wiele więcej czasu – często te hity swoim poziomem przewyższają. Jako, że trochę się już ich naoglądałem – postanowiłem zaprezentować listę najlepszych piętnastu, które widziałem i które mógłbym polecić.

Tekst ten będzie zbudowany na zasadzie piętnastu mini-recenzji zwieńczonych zestawieniem plusów i minusów danego serialu oraz oceną w skali 1-10. Oprócz tego osobno ocenię w każdej produkcji jej muzykę, fabułę oraz to, jak bardzo mnie ona wciągnęła (angażowanie odbiorcy w historię – uznałem za istotne rozróżnienie tego od samej fabuły i jej sensowności, bo często nawet ta niezbyt mądra i z wieloma lukami i tak potrafi niesamowicie przykuć do ekranu). Zastanawiałem się też nad oceną poziomu gry aktorskiej, „problem” jednak w tym, że praktycznie we wszystkich wymienionych poniżej produkcjach stoi on na bardzo dobrym poziomie – nie ma to więc chyba zbyt dużego sensu. A jeżeli będę chciał osobno wyróżnić grę jakiegoś aktora (np. genialnego Kevina Spacey’ego w HoC), to z pewnością to zrobię.

A zatem zaczynajmy.

PS. Ah, i tak, nie oglądałem „Gry o Tron”, więc nie będzie tego serialu w moim zestawieniu. Może kiedyś uda mi się tę niewątpliwie sporą zaległość (numer 1 spośród wszystkich seriali na filmwebie) nadrobić.

15. Prison Break
Prison-Break
Sporo myślałem nad tym czy w tym zestawieniu umieścić „Zagubionych”, czy jednak „Skazanego na śmierć”, dla obu produkcji bowiem miejsca nie było. Zdecydowałem się wyrzucić Lostów, ponieważ pomimo bardzo interesującej historii w pierwszych dwóch sezonach, jej rozwinięcie w następnych było coraz gorsze, aż doszliśmy do momentu, w którym prawie nic już się nie trzymało kupy.

Podobny zarzut mam do Prison Breaka. Ostatecznie postawiłem go jednak wyżej od Lostów z dwóch powodów – po pierwsze, ze względu na absolutnie genialny fabularnie pierwszy sezon, który wciągnął mnie o wiele bardziej niż historia o rozbitkach lotu 815. Po drugie – z powodu wspaniałej gry aktorskiej Wentwortha Millera, grającego głównego bohatera, Michaela Scofielda. Jako brat skazanego niesłusznie na śmierć Lincolna Barrowsa, Michael opracowuje sposób na wydostanie go z więzienia Fox River. Tatuuje on sobie na całym ciele plany zakładu karnego, pozoruje napad na bank oraz daje się złapać – tylko po to, by razem z bratem przeprowadzić brawurową ucieczkę.

Charyzma i nieprzeciętna inteligencja Michaela, tak dobrze uchwycone przez Wentwortha Millera, są dla mnie główną zaletą tej produkcji. W pierwszym sezonie, gdy dochodzi do tego bardzo dobrze pomyślana fabuła, jest to praktycznie serial idealny. Niestety, co dość często zdarza się w produkcjach posiadających po kilka sezonów – im dalej w las, tym gorzej. Z genialnego poziomu schodzimy więc systematycznie do jedynie poprawnego, gdzie w czwartym – ostatnim – sezonie główna intryga staje się już całkowicie absurdalna i zniechęca widza do dalszego oglądania swoją głupotą (bardzo podobna sytuacja jak w przypadku wspomnianych już wyżej „Zagubionych”). Nie zmienia to jednak faktu, że pierwszy sezon poleciłbym obejrzeć każdemu i żal tylko, że twórcom serialu nie udało się utrzymać jego poziomu. W dwóch ostatnich sezonach widać zresztą bardzo wyraźnie jak nie potrafili oni skończyć tak dobrze zaczętej przez siebie historii w odpowiedni sposób i w odpowiednim miejscu.

+ Ścieżka dźwiękowa i główne motywy muzyczne, które w bardzo dobry sposób budują klimat

+ Wentworth Miller, który wspaniale wcielił się w charyzmatycznego i bardzo inteligentnego Michaela Scofielda
+ Genialny fabularnie pierwszy sezon
+ Dobrze napisane i zagrane postacie drugoplanowe – głównie T-Bag (Robert Knepper) oraz Alex Mahone (William Fichtner)

– Gorszy od sezonu pierwszego sezon drugi
– Gorszy od sezonu drugiego sezon trzeci
– Absurdalny fabularnie sezon czwarty
– Nieumiejętność skończenia przez scenarzystów fajnie zaczętej historii w dobry sposób

Muzyka: 9/10
Fabuła: 6/10 (pierwszy sezon: 10/10, ostatni: 2/10)
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 6/10

OCENA: 6/10

14. The Escape Artist
TheEscapeArtist
Dość trudno jednoznacznie stwierdzić czy można potraktować jedynie trzyodcinkową produkcję już jako serial, czy jeszcze jako zwyczajnie pocięty na trzy części film, ale tak czy inaczej – poziom tego „czegoś” (a może po prostu „miniserialu”?)  jest całkiem niezły, więc i nie czuję się źle z tym, że go tu umieściłem.

Pomińmy milczeniem idiotyczne polskie tłumaczenie tytułu (jakby ktoś był ciekawy: „Kłopotliwa sprawa” – jak dla mnie mocny kandydat na podium debilnych tłumaczeń obok „Wirującego seksu” i „Szklanej pułapki”). Historia skupia się na bardzo zdolnym adwokacie, Willu Burtonie (w tej roli bardzo dobry David Tennant), któremu udaje się uniewinnić oskarżonego o morderstwo Liama Foyle’a (granego przez Toby’ego Kebbella – i tu ciekawostka: ten sam aktor pojawi się jeszcze później w tym zestawieniu, również grając postać o imieniu Liam). Jak się później okazuje – skutki tego stają się dla Burtona tragiczne.

Fabuła jest napisana dość sprawnie, zaś sam sposób nakręcenia tego serialu jest całkiem żwawy i wciągający. Jedynym większym zarzutem w stosunku do tej produkcji jest tylko i wyłącznie fakt, że w zestawieniu z tyloma pomysłowymi i bardzo dobrymi serialami, które na mojej liście znajdują się niżej, ten wydaje się jedynie przeciętnym i co najwyżej poprawnie zrobionym thrillerem. I chociaż brak mu „tego czegoś”, tej iskry fabularnego geniuszu, dalej jest to bardzo ciekawie zrealizowana historia, którą bez problemu mógłbym polecić na jakiś jeden, nudny, zimowy wieczór.

+ David Tennant jako Will Burton
+ Sprawnie napisana i wciągająca historia
+ Produkcja stworzona przez BBC (osobiście uwielbiam te z Wielkiej Brytanii: specyficzna brytyjska kultura i akcent bardzo do mnie przemawiają)
+ Dobry pomysł na spędzenie nudnego wieczoru przed telewizorem

– W porównaniu z innymi produkcjami, które tu zamieściłem – mimo wszystko, nic specjalnego
– Brak zapadającego w pamięć tematu muzycznego

Muzyka: 5/10 (jakaś tam jest)
Fabuła: 7/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 7/10

OCENA: 6+/10

13. Hannibal
Hannibal

Wszyscy słysząc „Hannibal” myślą „Milczenie Owiec”. Dla mnie nie jest to jednak myślenie poprawne. Pomijając fakt, że samo „Milczenie” kompletnie nie przypadło mi do gustu w przeciwieństwie do zdecydowanej większości ludzi, którzy uważają ten film za swego rodzaju klasykę thrillerów* – trzy lata temu o litewskim geniuszu zbrodni i kanibalu powstał przecież bardzo dobry serial.

Hannibal Lecter to taka postać, którą każdy zna, jednak w sumie to nie powinien. Zarówno filmy jak i serial nie są bowiem niczym wielce genialnym. Popularności tej postaci przysporzyło wspomniane przeze mnie wyżej „Milczenie Owiec” z 1991 roku, jednak jej debiut to bardzo mało znany film „Manhunter” z 1986, będący pierwszą ekranizacją „Czerwonego Smoka”, gdzie po raz pierwszy na srebrnym ekranie w rolę najsłynniejszego kanibala świata wcielił się Brian Cox. Spokojnie jednak – film ten jest tak denny, że i ja nie mam nic przeciwko wymazaniu go z historii.

W serialu tytułowego bohatera gra, moim zdaniem genialny w tej roli, Mads Mikkelsen. Nie podejmę się stwierdzenia, że przebił on swoją kreacją „klasycznego” Hannibala, czyli Hopkinsa, który również wspaniale go sportretował (to trochę tak jak porównanie niesamowitego Heatha Ledgera w roli Jokera z równie niesamowitym Jokerem Jacka Nicholsona), ale bez wątpienia jest on co najmniej tak samo dobry.

Wspaniałą w mojej opinii była też decyzja, by naprzeciwko Hannibala postawić Willa Grahama, nie zaś sztampową i jednowymiarową Clarice Sterling. Postać Grahama w zrealizowanych filmach o Hannibalu miała tego pecha, że do tej pory nigdy nie została dobrze zagrana. W 1986 roku w „Manhunterze” wcielił się w nią co najwyżej przeciętny William Petersen, zaś w „Czerwonym Smoku” z 2002 roku (gdzie Hannibala grał już Hopkins) okropny i zupełnie niepasujący do tej roli Edward Norton. Sam Will Graham to jednak bohater bardzo niejednoznaczny i ze swojej natury niesamowicie skomplikowany psychologicznie. Trzeba zatem naprawdę wielkiego kunsztu aktorskiego, by takie coś dobrze przedstawić na ekranie. Will bowiem, jako jedyny, jest w stanie zrozumieć psychopatyczny sposób myślenia doktora Lectera, jego motywy (a raczej ich zatrważający brak) oraz sztuczki którymi się posługuje, by ukryć przed światem swoją prawdziwą, przerażającą stronę. Sam jednak, robiąc to i pojmując w jaki sposób Lecter myśli, popada w coraz większą paranoję – musi więc walczyć nie tylko z Hannibalem, ale też ze sobą, by nie stać się w konsekwencji takim samym psychopatą jak on.

Hannibal 2

Zarówno pierwsza, jak i druga filmowa próba sportretowania zagmatwanej psychiki Grahama wypadły bardzo blado. I z tym większą przyjemnością mogę napisać, że w serialowej adaptacji Hugh Dancy’emu udało się to zrobić PO MISTRZOWSKU, po raz pierwszy w dobry sposób przedstawiając skomplikowaną postać współpracownika FBI. Takie smaczki jak unikanie kontaktu wzrokowego ze swoimi rozmówcami, problemy z bezsennością, a jeżeli już się uda zasnąć – z koszmarami, coraz większe widoczne zmęczenie psychiczne, które również oddziałuje na pogarszający się wygląd – wszystkie one składają się na wspaniałą kreację Willa Grahama, na którą ta postać zasługiwała od początku. Dodatkowym plusem jest sama serialowa forma przedstawienia obu głównych postaci – jako widzowie mamy nieporównywalnie więcej czasu na poznanie psychiki zarówno Hannibala, jak i Willa, niż do tej pory, gdy wszystko działo się w konwencji dwugodzinnego filmu. I szkoda tylko, że poziom fabularny po pierwszym sezonie dość mocno leci na szyję, by w trzecim być już jedynie bardzo naciąganą historią, która na końcu zaczyna bezwstydnie czerpać garściami z poprzednich filmowych adaptacji, w których pojawiła się postać doktora Lectera. Mimo to jednak serialowy Hannibal i tak wydaje mi się najlepszą do tej pory próbą przedstawienia historii bodaj najsłynniejszego fikcyjnego seryjnego mordercy świata. I tak, lepszą także od „Milczenia owiec”.

Ah, bym zapomniał. Ten serial jest najbardziej brutalnym serialem na tej liście i chyba w ogóle najbardziej brutalną produkcją jaką kiedykolwiek widziałem. I mówię tu o brutalności typu gore. Jeżeli jednak Wam to nie przeszkadza (mnie odrobinę przeszkadzało, choć nie jestem jakoś bardzo wrażliwy na takie rzeczy) – zapraszam do oglądania.

+ Bardzo dobrze zagrany przez Madsa Mikkelsena Hannibal
+ Genialnie zagrany przez Hugh Dancy’ego Will Graham
+ I to na dodatek taki Will Graham, który po raz pierwszy na srebrnym ekranie został fabularnie dobrze przedstawiony z psychologicznego punktu widzenia
+ Całkowite zignorowanie nudnej i sztampowej postaci Clarice Sterling
+ Dobre role drugoplanowe, zwłaszcza ta Laurence’a Fishburne’a (jakby ktoś nie kojarzył – Morfeusz z Matrixa), grającego agenta FBI, Jacka Crawforda

– Przemoc w stylu gore. Wszystko wszystkim, ale trochę tego tam jest za dużo. Niektóre rzeczy musiał stworzyć jakiś absolutny psychopata
– Spadek poziomu w drugim i trzecim sezonie
– Fabularne niedociągnięcia – najbardziej rażącym było dla mnie stężenie seryjnych morderców na metr kwadratowy (w pewnym momencie ma się wrażenie, że w tym serialu co druga postać to psychopata)
– W trzecim sezonie – czerpanie garściami z innych filmów o Hannibalu i w związku z tym brak większej oryginalności

Muzyka: 4/10 – poza fajnym wykorzystaniem „Lacrimosy” Mozarta,

nie było żadnego (i co ważne – autorskiego) zapadającego w pamięć motywu muzycznego. „Dexter” pokazał już wcześniej w jaki sposób zrobić ścieżkę dźwiękową, która jednocześnie jest bardzo dobra i która, sprawiając wrażenie niepokoju, pasuje do psychopatycznego głównego bohatera. Niestety, tu się nawet o stworzenie takiego efektu nie postarano.
Fabuła: 7+/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 6/10 –
pod koniec oglądałem w praktyce trzeci raz ekranizację „Czerwonego Smoka”, więc byłem już niemiłosiernie znudzony. Natomiast jeżeli Wy żadnej nie widzieliście – możecie tu sobie dodać jedno lub nawet dwa oczka.

OCENA: 7/10

*Moim głównym zarzutem wobec „Milczenia Owiec” jest to, że jest to dalece bardziej obraz o średnio wyrazistej agentce FBI, Clarice Sterling, niż o samym Hannibalu. Lepszy już był więc dla mnie sequel, czyli „Hannibal” z 2001 roku, gdzie mniej było nielubianej przeze mnie Sterling (w której rolę, tak swoją drogą, wcieliła się już inna aktorka), a więcej tytułowego Hannibala granego przez Anthony’ego Hopkinsa.

12. The Killing
The Killing
Mało znany serial stacji AMC (tej od Breaking Bad), który na myśl przywodzi najlepsze szwedzkie kryminały. Główna bohaterka, detektyw Sarah Linden (grana przez Mireille Enos), wraz ze swoim partnerem Stephenem Holderem (Joel Kinnaman), stara się rozwiązać sprawę morderstwa młodej dziewczyny, Rosie Larsen.

Nie jest to typowy serial kryminalny. Skupia się on bowiem bardzo na aspekcie psychologicznym, zarówno w przypadku samych śledczych, jak i rodziny ofiary. Jest to dość nietypowe, ponieważ w większości takich produkcji martwe ciało jest jedynie martwym ciałem i zagadką, którą należy rozwiązać – tu z kolei pokazano od bardzo naturalistycznej strony rzeczywiste konsekwencje śmierci danej osoby. Stopniowo poznajemy rodzinę Larsenów, która pogrąża się w żałobie po stracie Rosie, mierząc się z wywołanymi przez to problemami. Dodatkowo ze swoimi własnymi próbują się także uporać zarówno Linden, jak i Holder, czyli detektywi prowadzący dochodzenie.

Serial przyjął w dwóch pierwszych sezonach dość oryginalną konwencję przedstawiania jednego dnia śledztwa na jeden odcinek. Nie znaczy to jednak, że robi się nudno – jeżeli śledztwo na chwilę stanie w miejscu, jesteśmy zaangażowani w jakiś inny problem, który akurat dzieje się na ekranie. W tym miejscu należy pochwalić scenarzystów, którzy bardzo płynnie potrafią żonglować wątkami i umiejętnie dawkować nam emocje. Co ważne w serialach kryminalnych – sprawca, spośród kilku podejrzanych, jest obecny od początku, więc domorośli detektywi (tak jak w przypadku książek kryminalnych) mogą próbować zgadywać kto jest za zbrodnię odpowiedzialny. Nie ma tu więc, nie do przyjęcia w kryminałach, zagrania w stylu „deus ex machina” i to również należy zaliczyć na plus.

Na minus z kolei – dwa ostatnie sezony (trzeci i czwarty), które odrobinę zmieniają konwencję (jeden dzień nie jest już równy jednemu odcinkowi) i których śledztwa wydają mi się zdecydowanie bardziej naciągane. Poziom nie spada jednak na szczęście tak drastycznie jak w Lostach, Prison Breaku, czy nawet w Hannibalu. Po prostu pierwsze śledztwo było rozpisane lepiej niż dwa następne. Wszystkie jednak są ciekawe i przykuwają do ekranu.

A tak już całkowicie na marginesie, to można wspomnieć jako ciekawostkę, że serial dość często odnosi się do mieszkańców USA polskiego pochodzenia. No i do polskiej mafii. Niby nic wielkiego, ale wywołuje uśmieszek na twarzy, zwłaszcza jak się słyszy kaleczone przez głównych bohaterów rodzime nazwiska 🙂 .

+ Kryminał, który ma bardzo dobrze rozwinięte wątki psychologiczne, i w którym każda śmierć coś znaczy
+ Oryginalna konwencja jednego odcinka odpowiadającego jednemu dniu śledztwa, która na dodatek nie sprawia, że serial staje się nudny
+ To zaś za sprawą bardzo umiejętnego dawkowania emocji i żonglowania przez scenarzystów w dobry sposób różnorodnymi wątkami
+ Możliwość zgadywania „kto zabił”

– Śledztwo w trzecim sezonie, które w przeciągu jednego odcinka wywraca się do góry nogami, przez co wydało mi się ono niesamowicie naciągane
– Śledztwo w czwartym sezonie, które choć nie jest bardzo złe, jest zdecydowanie gorsze od pierwszego, z Rosie Larsen

Muzyka: 5/10  – ponownie: niczego specjalnego nie odnotowałem, no może poza dość przyjemnym motywem, który pojawia się przy końcówce każdego odcinka.

Fabuła: 7/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 8/10

OCENA: 7/10

11. True Detective
True Detective
Mam pewien problem z tym serialem, ponieważ jego pierwszy i drugi sezon nie mają ze sobą nic wspólnego poza tytułem. Nie umiem tego odżałować z dwóch powodów – pierwszy to taki, że w drugim sezonie zniknęła genialna czołówka i ścieżka dźwiękowa z poprzedniego. Drugi – że nie zobaczę już postaci Rusta Cohle’a. Psia mać.

Skoro ustaliliśmy już sobie, że pierwszy i drugi sezon to dwa różne seriale, to żeby mieć całkowicie czyste sumienie muszę się jeszcze przyznać do tego, że przez drugi nie dałem rady przebrnąć. Obejrzałem pierwszy odcinek i tak mnie podłamała kompletna zmiana WSZYSTKIEGO, że nie miałem już motywacji iść dalej. Tutaj zatem przedstawię moje odczucia dotyczące wyłącznie pierwszego sezonu. Tego z Rustem.

Gra go, genialny w tej roli, Matthew McConaughey. Wraz z Martinem Hartem (Woody Harrelson) powracają oni do nierozwikłanego przez nich śledztwa sprzed siedemnastu lat, a raczej zmuszają ich do tego policjanci, którzy ich przesłuchują w związku z popełnionym niedawno morderstwem, bliźniaczym do sprawy z roku 95. Akcja dzieje się więc naprzemiennie w roku 1995, gdy widzimy jak dwaj byli partnerzy próbują rozwikłać zagadkę morderstwa, oraz w roku 2012, gdy są oni przesłuchiwani przez nowych śledczych.

Po opisie może się zdawać, że kryminalny banał, jednak nie jest to prawda. Serial wciąga przed ekran od momentu, w którym się go włączy. Jest też krótszy niż większość, ponieważ omawiany przeze mnie pierwszy sezon zawiera jedynie osiem odcinków. Ale za to jakich.
True Detective 2 (Rust Cohle)
O ile wspomniany wyżej The Killing w bardzo fajny sposób przedstawia psychologię różnych postaci, a nawet samej rodziny zmarłej, tak w żaden sposób nie umywa się to do filozoficznych rozmyślań Rusta Cohle’a, które są dla mnie po prostu genialne. „The Taxman” (ksywka przydzielona mu ze względu na charakterystyczny notes, który ze sobą nosi) jest nihilistą pierwszej wody, prowadzącym iście schopenhauerowskie przemyślenia na temat świata, religii i sensu życia. Jeżeli masz w sobie choć odrobinę z pesymisty, jestem niemal przekonany, że postać Cohle’a przypadnie Ci do gustu.

Jeżeli zaś chodzi o samo śledztwo, to fabularnie było ono przeprowadzone dość poprawnie, do momentu kulminacyjnego, który był dla mnie odrobinę naciągany. Pomijając jednak to, pierwszy sezon jest z pewnością wart polecenia.

+ Wspaniała gra aktorska Matthewa McConaughey’a, wcielającego się w postać Rustina Cohle’a
+ Fabularne rozpisanie tej postaci, pesymisty i nihilisty, który swoimi „rozkminami” dał mi do myślenia bardziej niż niejedna przeczytana przeze mnie książka filozoficzna
+ Trzymające w napięciu, dość ciekawe śledztwo
+ Bardzo przyjemna ścieżka dźwiękowa i genialna czołówka
+ Dialogi pomiędzy Rustem a prostym w swoim sposobie myślenia Martym
+ W związku z powyższym – widoczny kontrast pomiędzy tymi dwoma postaciami, który jest na swój sposób całkiem zabawny
+ Wspominałem już o Rustinie Cohle’u?

– Kulminacja śledztwa, która wydała mi się trochę naciągana
– Jak dla mnie – drugi sezon. Może nie on sam w sobie (nie widziałem w całości), ale przez fakt, że zrywa on w bezpardonowy sposób z poprzednim. I tak, zgadliście – przez to, że brak w nim Rusta Cohle’a

Muzyka: 9/10 – czołówka miażdży.

Fabuła: 7/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 8+/10

OCENA: 7+/10

Okej, koniec części pierwszej. W połowie pisania doszedłem do wniosku, że cały tekst opisujący piętnaście najlepszych moim zdaniem seriali należy podzielić na trzy razy (niczym The Escape Artist), zarówno dla dobra piszącego, jak i czytelników, którzy być może nie mają ambicji pochłonięcia za jednym podejściem na blogu całej książki. Siedem stron w Wordzie chyba na razie wystarczy.

Następnym razem przedstawię miejsca 10-6 z mojej listy, a za jeszcze następnym już topową piątkę. Nie trzeba być Sherlockiem by się domyślić jakie to będą konkretnie produkcje (grafika otwierająca tekst), zagadką pozostanie natomiast kolejność.

No to do następnego.

Advertisements
Zwykły wpis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s