O hejcie

Żeby zacząć rozmawiać o tak zwanym hejcie i o tak zwanych hejterach, musimy najpierw umieć poprawnie zdefiniować samo znaczenie tych pojęć, które pochodzą – bądź co bądź – z internetowej nowomowy (fakt, że słowo to jest fonetycznie zapisaną kalką od angielskiego „hate” – czyli nienawiść – jest chyba dla wszystkich dość oczywisty).
Słownik SJP.pl nie tłumaczy samego pojęcia „hejt”, sięgnąłem zatem w tym przypadku do słownika slangu miejskiego i mowy potocznej (www.miejski.pl). Definicja tego, czym właściwie hejt jest, zdaje się być tu zaskakująco łagodna: według autorów jest to bowiem jedynie „negatywny pogląd, z którego hejter czerpie przyjemność”.  No właśnie – ale kim jest „hejter”? Tu już słownik sjp nie zawodzi i dość dosadnie objaśnia, że jest to „osoba wyrażająca opinie pełne nienawiści, negatywności”.

Mając za sobą sprawy formalne, warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób zjawisko hejtowania jest obecne w internecie, jak wykorzystują je środowiska medialne i czy należy z nim walczyć. Eryk Mistewicz, szef kwartalnika opinii „Nowe media”, twierdzi, że „hejt stał się elementem modelu ekonomicznego działania portali, stacji telewizyjnych oraz celebrytów medialnych”. W zdaniu tym jest przemycona dość ważna teza, mówiąca o tym, że hejt, poprzez swoją szeroką obecność w internecie, poza sam internet właściwie już wyszedł i przenosi się na inne media. Z zaostrzeniem języka obecnego w debacie publicznej spotykamy się już nie tylko w rzeczywistości wirtualnej, ale także w tej prawdziwej – na takiej samej zasadzie, na jakiej portale internetowe próbują zwiększać „klikalność” swoich tekstów (a co za tym idzie – wpływy z reklam), tak samo kusić zaczynają media w formie tradycyjnej, co widać chociażby po okładkach magazynów typu „Newsweek”, „Wprost” czy „wSieci”.
Tabloidyzacja języka medialnego ma miejsce od momentu, w którym zauważyliśmy, że ludzka nienawiść to uczucie, na którym całkiem sporo można zarobić.  Nie wystarczy już zaciekawić widza interesującym tematem czy tytułem – należy zagrać na jego emocjach, wzbudzić w nim chęć przywalenia w mordę oponentowi, która to – za sprawą sieciowej anonimowości – przybiera formę bezkarnego i wzajemnego opluwania się na różnych portalach.
No dobrze, powiecie, rozwiązanie zatem wydaje się być dość proste – konsekwentna moderacja. Niestety, nie do końca. Jak pisze wspomniany wcześniej Eryk Mistewicz, „eliminowanie hejterów oznaczałoby jednak spadek liczby odwiedzin stron, a co za tym idzie możliwość sprzedawania na nich reklam”. Nie wiadomo o co chodzi? A zatem… no, znacie dalszą część.

W takim razie jak w tym wszystkim wyróżnia się dziennikarz piszący notkę z myślą o ruchu hejterskim wśród swoich komentujących? W mojej opinii nie jest on w niczym lepszy. Ba, gdyby się tak głębiej zastanowić, to jest on od samych hejterów nawet gorszy, bo mimo, że wprost – posługując się własnym imieniem i nazwiskiem – raczej nikogo nie zaatakuje w sposób wulgarny, to prowokuje on takie zachowania u czytelników. I tak, warto zadać takiemu dziennikarzowi pytanie na temat tego, czym według niego jest etyka dziennikarska.

Z drugiej jednak strony, można zaobserwować  w tej chwili pewnego rodzaju internetową kontrrewolucję, która ze swoim tworem postanowiła zacząć walczyć. Ilustracja mojego wpisu jest logiem strony http://www.hejtstop.pl, która jest elementem kampanii mającej na celu piętnowanie hejterstwa i szeroko rozumianej „mowy nienawiści”, skupiającej się głównie na hejtach „w realu”, np. obraźliwych napisach na murach. Kampanii – warto dodać – przynoszącej na razie odwrotny skutek do zamierzonego…
Intencja, przyznacie, całkiem słuszna. Nie będę przytaczał tu przysłowia na temat tego, czym jest wybrukowane piekło (już i tak wyczerpałem swój narzucony limit banałów na notkę, nie kończąc wcześniej powiedzenia na temat pieniędzy), wystarczy jednak tylko wejść na stronę hejtstop.pl w zakładkę „zgłoszenia”, by przekonać się, że akcja jest na razie jednym wielkim niewypałem i przypomina bezowocną walkę z wiatrakami. Cała strona padła ofiarą zmasowanego ataku, nomen omen, trolli internetowych (różnica pomiędzy hejterem a trollem jest taka, że ten pierwszy kipi nienawiścią, a ten drugi robi sobie – kolokwialnie rzecz ujmując – zwyczajne „jaja”), którzy zaczęli wstawiać prześmiewcze wpisy, często same podpadające pod kategorię bycia hejtem. Dość powiedzieć, że większość zgłoszeń ma w swoim adresie zapisaną „ulicę gen. Andersa Breivika”. Przypominam, cały czas znajdujemy się na stronie, która ma hejtowi zapobiegać.
To dopiero ironia.

Całe to rozważanie prowadzi mnie do dość prostej konkluzji – ani hejtu, ani tym bardziej trollingu internetowego, zwalczyć się nie da. Taki stan rzeczy ma jedną, fundamentalną przyczynę – internet to pierwsze medium w historii ludzkości, które jest w pełni nieocenzurowane. Wiążą się z tym zarówno rzeczy bardzo dobre, jak i bardzo złe. I… należy się z tym pogodzić. Z tym, że wchodząc do internetu trzeba włączyć tę stronę własnej osobowości, która potrafi docenić (lub przynajmniej tolerować) czarny humor, która potrafi zdzierżyć wulgaryzmy, która potrafi przeboleć chamstwo i która ma na tyle dystansu do świata, by po wszystkim wyłączyć komputer i cały ten jad, którym została opluta, spokojnie z siebie wytrzeć.
Nie znaczy to oczywiście, że hejtowanie mamy zachwalać. Już sam Schopenhauer w swojej „Erystyce” pisał, że argumentum ad personam jest najniższą formą interakcji międzyludzkiej, więc w środowiskach w internecie, które są na tyle inteligentne, by działanie hejtu skutecznie ograniczać, powoływanie się na słowa niemieckiego filozofa może okazać się przecież całkiem skutecznie. Musimy zdać sobie bowiem sprawę z jednej, bardzo ważnej rzeczy – tak naprawdę to, jakie treści odbieramy przeglądając internet zależy przede wszystkim od nas. To my mamy decydujący głos na temat tego, co chcemy czytać, a w całej tej medialnej anarchii znalezienie odpowiedniego dla nas porządku nie jest wcale znowu takie trudne.

Bezpośrednia walka z hejterstwem jest z góry skazana na porażkę, bo jej jedynie skuteczna forma będzie musiała przyjąć formę elektronicznego autorytaryzmu i odgórnie narzuconej cenzury (na co, jak pięknie pokazało nasze społeczeństwo kilka lat temu w sprawie ACTA, pewnie nigdy się nie zgodzimy). Najskuteczniejszym sposobem jest zatem ignorowanie takich treści. Serio – życia by nam nie starczyło, jeżeli mielibyśmy wskazywać palcami niepoprawne politycznie wpisy, które ktoś tam, gdzieś tam, kiedyś napisał.

Internet ma to do siebie, że to my, jako jego użytkownicy, personalizujemy kształt, w jakim on do nas dociera. Należy zatem zrozumieć specyfikę tego medium i jego nieograniczoną, często zupełnie anonimową, wolność, która sprawia niestety, że niektórzy ludzie zaczynają zachowywać się już mniej jak ludzie, a bardziej jak zwierzęta. Cóż – jakby to powiedziała rybka Doris… mówi się trudno.
Warto natomiast walczyć o to, byśmy to my we wspomniane zwierzęta się nie zamienili.

Advertisements
Zwykły wpis

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s