Top 15 Seriali – część druga (10-6)

Top seriali - część druga

Od pierwszej części tekstu, opisującego najlepsze piętnaście seriali, które oglądałem, minął tydzień. Czas więc przedstawić kolejną piątkę z mojej listy, czyli miejsca 10-6. Zasady takie same jak poprzednio (recenzja, plusy i minusy które ją podsumowują, ocena ogólna w dziesięciostopniowej skali, osobno także oceniam muzykę, fabułę i to, jak bardzo dany tytuł jest wciągający). A więc do dzieła.

PS. Jeżeli ktoś nie przeczytał pierwszej części tekstu (miejsca 15-11), to zachęcam oczywiście do tego, by kliknął TUTAJ i to zrobił.

10. Breaking Bad
Breaking Bad
Zdaję sobie sprawę, że umieszczenie „Breaking Bad” – tytułu który traktowany jest przez wszystkich trochę jak swego rodzaju serialowy mesjasz – dopiero na dziesiątym miejscu może się wydać niektórym (a zwłaszcza wielkim fanom) bardzo kontrowersyjne, ale zanim zostanę zlinczowany, proszę, pozwólcie mi wyjaśnić.

To nie jest tak, że nie doceniam wielkości tej produkcji. Jest dobra, ba, nawet bardzo dobra. Jestem też w stanie zrozumieć to, że zdobyła ona sporą popularność. Nie uważam jednak, by „Breaking Bad” był najlepszym serialem wszech czasów, ba, wydaje mi się nawet, że do tego tytułu sporo mu brakuje. Ale od początku.

W rolę głównego bohatera, Waltera White’a, wciela się Bryan Cranston. Walter jest zwykłym nauczycielem chemii w liceum. Ma ciężarną żonę, Skyler (Anna Gunn) oraz niepełnosprawnego syna, Waltera Juniora (RJ Mitte). Pewnego dnia Walt dowiaduje się, że choruje na raka płuc, z początku ukrywa jednak ten fakt przed wszystkimi. Na jego przyjęciu urodzinowym szwagier, Hank Schrader (Dean Norris), będący agentem DEA, chwali mu się swoim występem w telewizyjnych wiadomościach,  gdzie puszczano reportaż o tym jak policji udało się rozbić szajkę dealerów narkotykowych, przechwytując jednocześnie dużą ilość metamfetaminy oraz ok. siedemset tysięcy dolarów. To właśnie w tym momencie w umyśle Walta zakiełkował pomysł rozpoczęcia własnoręcznej produkcji narkotyku, po to, aby przed śmiercią zabezpieczyć finansowo swoją rodzinę.
Waltowi nie wystarczy jednak sama umiejętność produkowania metamfetaminy, potrzebuje też „dystrybutora”, czyli kogoś, kto mógłby ją wprowadzić na czarny rynek. Tutaj do akcji wkracza druga główna postać serialu, były uczeń Walta, Jesse Pinkman (Aaron Paul). Okazuje się, że produkt tworzony przez zwykłego nauczyciela chemii staje się jednocześnie najczystszą odmianą narkotyku na rynku, przez co z jednej strony wzrasta na niego popyt, z drugiej jednak narkotykowi bossowie zaczynają być z tego powodu niezadowoleni.

Breaking Bad 2

Z dość pokrętnego pomysłu na fabułę wykluła się naprawdę wciągająca historia. Żeby jednak dostrzec ten fakt należy przebić się przez, w mojej opinii, bardzo słaby pierwszy sezon. Jest to niezwykle nietypowa sytuacja wśród wielosezonowych seriali, z reguły bowiem scenarzyści zdecydowaną większość dobrych pomysłów wykorzystują od razu na początku („Prison Break”, „Lost”, „Hannibal” – i to tylko z tych, o których wspomniałem w pierwszej części tego tekstu). W „Breaking Bad” nastąpiła natomiast sytuacja zupełnie odwrotna – to pierwszy sezon jest tym najgorszym, natomiast każdy następny coraz bardziej widza wciąga. W dwóch ostatnich, czyli w czwartym i w piątym, serial prezentuje zaś w moim przekonaniu swoją zdecydowanie najlepszą stronę.

W związku z powyższym dostrzegamy też kolejną zaletę – historia Waltera White’a jest bardzo dobrze pomyślana od początku do samego końca i nie prezentuje przy tym większych wahań jeżeli chodzi o poziom, który powoli, ale systematycznie wzrasta wraz z każdym odcinkiem (pomijając jedynie nieliczne wyjątki od tej reguły, jak chociażby kompletnie idiotyczny i bezsensowny odcinek z trzeciego sezonu o gonieniu muchy, który przywodzi co najwyżej na myśl „Toma i Jerry’ego”). Oglądając „Breaking Bad” ma się wrażenie, że twórca serialu, Vince Gilligan, miał od razu przemyślany cały plan na fabułę oraz na to w jaki sposób będzie ona ewoluowała – jedynym zaś, co pozostało mu do zrobienia, to dobre zrealizowanie własnych założeń.

No właśnie – założeń. Z których, dodajmy, nie każdy musi być w pełni zadowolony. Osobiście nie jestem wielkim fanem kręcenia scen w sposób aż nadto naturalistyczny, w BB jest to zaś nagminna maniera. Przykładowo: jesteśmy w środku fabularnego zawirowania, z którego Walt stara się wszelkimi sposobami wyjść obronną ręką. Jest to widoczne i całkiem dobrze widzowi przedstawione. Akcja jednak na chwilę drastycznie spada, tylko i wyłącznie po to, byśmy byli świadkami sceny, w której główny bohater… je ze swoją rodziną obiad. Ale nie w taki sposób, w jaki taka czynność jest zwykle reżyserowana, nie. Słychać dźwięk sztućców obijających się o talerze.  Widzimy bardzo mało cięć. Nie ma zbyt wielu dialogów. Słyszymy dźwięk przeżuwania przez bohaterów jedzenia. A zatem jedzą. I jedzą. I jedzą. Oh, patrzcie, tu przelatuje mucha. Skyler, czy mogłabyś mi podać sól? Dziękuję. A zatem, Junior, jak było w szkole? Dobrze, tato. To dobrze, że dobrze.

Breaking Bad 4 - Dinner (Pinkman)

Widać, że wspólny obiad z rodziną doprowadza Walta do szału, problem w tym, że w takim samym stanie jak on znajdują się widzowie. Perfekcyjnie zdaję sobie sprawę z tego, że taka była konwencja i zamysł. Będąc jednak fanem zdecydowanie żywszego sposobu kręcenia i montażu – cóż, ma mi się to prawo nie podobać. Z tego co zauważyłem większości ludzi to nie przeszkadza, ja jednak osobiście zaliczam to do minusów tej produkcji.

Minusem za to na pewno nie jest wspaniale przedstawiona przemiana postaci Waltera White’a. W pierwszym sezonie to dobroduszny i niezwykle ciapowaty nauczyciel chemii, który wyróżnia się jedynie chęcią zrealizowania bardzo szalonego pomysłu, co do którego zresztą on sam nie jest na tym etapie do końca przekonany. Sam serial można w tym momencie opisać najlepiej jako co najwyżej czarną komedię, której do dramatu jeszcze bardzo daleko. Tym staje się on jednak już w następnych sezonach, w których Walt coraz częściej dopuszcza do głosu swoje narkotykowe alter ego, Heisenberga: skrytego za ciemnymi okularami i kapeluszem geniusza zbrodni, który jest producentem najczystszej na czarnym rynku metamfetaminy. Widzimy jak z każdym kolejnym odcinkiem główny bohater coraz bardziej pozbywa się obecnych w nim skrupułów, przez co – tak jak wskazuje na to tytuł – „schodzi na złą ścieżkę”, wszystko zaś dla większego dobra. W jego mniemaniu oczywiście.

Breaking Bad 3 - Heisenberg

W związku z powyższym muszę się jednak przyczepić do jednej rzeczy – pomimo bardzo widocznej zmiany w charakterze Walta i tak odczułem tu pewien niedosyt. Cały czas czekałem bowiem na moment, w którym Walter White już na dobre stanie się pozbawionym skrupułów Heisenbergiem. I choć widać tego przebłyski… nigdy do tego tak naprawdę nie dochodzi. Tak bardzo widoczny w pierwszym sezonie pierwiastek „ciapowatości” w gruncie rzeczy zostaje z nim już w większym lub mniejszym stopniu do końca. I ponownie – zdaję sobie sprawę z tego, że taki był zamysł Gilligana. Po prostu nie tego do końca oczekiwałem.

Do plusów należy niewątpliwie zaliczyć grę aktorską praktycznie całej obsady, z Cranstonem na czele, która – i tutaj chylę czoła – jest naprawdę cholernie dobra. Do klasyki zresztą przeszła już genialna scena, w której Walt tytułuje się „tym, który puka do drzwi”.

Poza Cranstonem należy też wyróżnić przede wszystkim Aarona Paula, który grał Jessego Pinkmana, oraz Boba Odenkirka, wcielającego się w bardzo przypadłą mi do gustu postać Saula Goodmana (o której zresztą niżej, przy okazji innej produkcji, mam możliwość pisać szerzej).

Podsumowując: „Breaking Bad” to naprawdę dobry serial, jednak dla mnie wcale nie jest pozbawiony wad. I choć nigdy nie potrafiłem do końca zrozumieć tak wielkiego nad nim zachwytu oraz entuzjastycznych okrzyków wieszczących jego geniusz, to z pewnością – i tu już bez dwóch zdań – jest on wart zobaczenia.

+ Bardzo oryginalny pomysł na fabułę
+ Dobre jej poukładanie i zrealizowanie – od początku do końca wszystko jest na swoim miejscu, a serial kończy się w odpowiednim momencie i jest spięty należytą klamrą
+ Co bardzo nietypowe w przypadku wielosezonowych produkcji – im dalej, tym lepiej
+ Gra aktorska zarówno postaci pierwszoplanowych, jak i drugoplanowych
+ Widoczna przemiana Waltera White’a w Heisenberga…

– …która jednak w moim odczuciu nie jest w całości dokonana
– Nudny pierwszy sezon
– Sposób kręcenia niektórych scen, który jest aż nadto naturalistyczny

Muzyka: 6/10 – czołówka i w ogóle cały serial nie mają w praktyce zapadającego w pamięć motywu przewodniego (bardziej nazwałbym to ewentualnie zestawem dźwięków, który co prawda w pewien określony klimat wprowadza, ale który na pewno nie jest niczym niezwykłym), jednak w paru odcinkach słychać w niektórych miejscach bardzo przyjemnie dobrane i mało znane utwory. Sam dzięki temu serialowi odkryłem dwie piosenki, które przypadły mi do gustu: pierwszą z nich jest „Catch Yer Own Train” od The Silver Seas,

a drugą „Life” autorstwa Chocolate Genius.

Fabuła: 8/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 7/10

OCENA: 7+/10

9. Sons of Anarchy
Sons of Anarchy
Serial zabiera nas do Charming, fikcyjnego miasteczka w Kalifornii, gdzie swoją główną siedzibę posiada gang motocyklowy – SAMCRO (czyli Sons of Anarchy Motorcycle Club Redwood Original). Głównym bohaterem jest Jax Teller (Charlie Hunnam), VP i prawa ręka prezydenta klubu, Claya Morrowa (Ron Perlman). Gang, jak to gang, prowadzi swoje nielegalne interesy, jednak kieruje się w tym swoim wewnętrznym kodeksem etycznym oraz zestawem ściśle określonych zasad. Starzejący się Clay chce przed swoim odejściem zabezpieczyć się finansowo, podejmuje więc szereg wątpliwych moralnie decyzji, co wywołuje niezadowolenie Jaxa. Dodatkowo Jax odnajduje stare dzienniki swojego nieżyjącego ojca, Johna Tellera – który założył klub w 1967 roku – gdzie pisał on o chęci porzucenia gangsterskiego życia i przekształcenia SAMCRO w legalną organizację (do tej pory głównymi jej dochodami było sprzedawanie broni na czarnym rynku – naturalnie pojawia się więc wielokrotnie wątek wojen gangów, gdzie w pewnym momencie główną rolę gra nawet sama IRA). Inspiruje to młodego Tellera do przeprowadzenia zmian w klubie.

Nie jest to na pewno serial genialny, ba,  przez wszystkie siedem sezonów praktycznie ani razu nie przejawiał ambicji co do tego, by się takowym stać. Samo założenie oparcia historii na perypetiach gangu motocyklowego nie jest też przecież niczym bardzo odkrywczym. Motywacje bohaterów są dość proste, czasem wręcz prostackie, nie uświadczycie tu więc wielkiej głębi psychologicznej czy rozważań filozoficznych, jak w przypadku Rusta Cohle’a czy Willa Grahama. Co prawda od czasu do czasu takie coś starają się wprowadzać dzienniki Johna Tellera, ale w porównaniu z dwoma wyżej wymienionymi postaciami robią to dość marnie.
Wymieniam więc tu te wszystkie wady, co nie zmienia faktu, że mimo ich obecności… i tak ogląda się to cholernie dobrze.

Sons of Anarchy 2

Synowie Anarchii to jedna z tych produkcji, o których wspominałem we wstępie pierwszej części tego tekstu – taka, w której fabuła posiada pewne niedoskonałości i wydaje się bardzo prosta, ale która i tak nie pozwala widzowi oderwać się od ekranu. Wielką tego zasługą jest z pewnością klimat, na który w ogromnej mierze składa się genialnie dobrana ścieżka dźwiękowa. Dość powiedzieć, że dzięki temu serialowi odkryłem The White Buffalo, jeden z moich trzech ulubionych w tym momencie zespołów, który – na potrzeby właśnie SoA – stworzył najlepszy jaki słyszałem cover „House of the Rising Sun”.

Soundtrack to jednak nie tylko White Buffalo. Na jego potrzeby stworzono chociażby autorską wersję „Strange Fruits” z wokalem Katey Sagal (aktorki grającej postać Gemmy Teller, matki Jaxa),

wykorzystano bardzo depresyjną wersję „You are my sunshine” od Jamey Johnsona,

klimatyczne „Make it rain” Eda Sheerana,

„Let The Sunshine In” The Forest Rangers

i… mógłbym tak jeszcze długo, uwierzcie.
Staram się w tym momencie udowodnić jedną rzecz – że ktokolwiek był odpowiedzialny za złożenie ścieżki dźwiękowej, która pasowałaby do serialu o uwspółcześnionych kowbojach, odwalił kawał naprawdę genialnej roboty. Chapeau bas.

Sons of Anarchy było oryginalnie emitowane w Stanach Zjednoczonych w latach 2008-2014, co przekłada się na siedem sezonów. Co jednak jest pozytywną wiadomością – wszystkie one prezentują dość stabilny i dobry poziom. Osobiście najbardziej wyróżniłbym czwarty, jednak każdy jest dobrze poprowadzony i każdy ma bardzo interesujący wątek przewodni. Nie ma tu więc (dość popularnej niestety) sytuacji, w której końcowe sezony stają się jedynie odcinaniem kuponów od sławy początkowych.

Ah, i jeszcze z kronikarskiego obowiązku – serial potrafi być brutalny. Momentami nawet bardzo. Nie raziło mnie to tak jak w Hannibalu (gdzie zdecydowanie z tym ostro przesadzono), tutaj zresztą występująca przemoc ma zdecydowanie lepsze uzasadnienie fabularne, ale jeżeli ktoś ma z tym problem, to na wszelki wypadek ostrzegam.

+ Mimo swoich fabularnych niedociągnięć, BARDZO wciągający
+ Naprawdę wyróżniające się postacie poboczne, które posiadają swoją własną historię
+ Klimat
+ Pomimo wielu sezonów (w sumie siedmiu) poziom jest dość stabilny od początku do końca
+ ŚCIEŻKA DŹWIĘKOWA

– Historia jest dość prosta. Z pewnością daleko jej do bycia odkrywczą
– W związku z powyższym – nieskomplikowane motywacje bohaterów

Muzyka: 10/10
Fabuła: 6/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 9/10

OCENA: 8/10

8. Dr House
Dr House
Prawdopodobnie najpopularniejszy serial na tej liście. A przynajmniej tak by wynikało z facebookowych statystyk, gdzie liczbami like’ów przebija on prawie czterokrotnie inne produkcje, które się tu znajdują (czterdzieści milionów dla House’a w porównaniu z jedenastoma „Breaking Bad” czy trzynastoma „Dextera” robi wrażenie).

Przyznam się do tego, że ostatnio House’a oglądałem parę ładnych lat temu, więc nie jest on tak świeży w mojej pamięci jak reszta produkcji, które tu zamieściłem (zdecydowaną większość z nich obejrzałem w przeciągu ostatnich dwóch lat). Pamiętam też, że wtedy, jakoś tak w połowie szóstego sezonu, kompletnie opuściła mnie motywacja do tego, by oglądać go dalej. Zastanawiam się na ile jest to wynik mojego lenistwa sprzed pięciu czy sześciu lat, a na ile wina samego serialu, jednak z pewnością trudno wybronić go od zarzutu bycia schematycznym.

Ale od początku. Gregory House (w tej roli genialny Hugh Laurie) przewodzi grupie lekarzy, którzy zajmują się trudnymi do zdiagnozowania pacjentami w fikcyjnym szpitalu Princeton-Plainsboro w New Jersey.  Główny bohater jest aspołecznym dupkiem, egoistą, egocentrykiem, zgorzkniałym cynikiem, dyktatorem, przy okazji czasem rasistowskim i seksistowskim, a na dodatek uzależnionym od Vicodinu narkomanem. A, no i jeszcze medycznym geniuszem. Uroczy typ, prawda? Nie dziwne, że zdobył taką popularność.

Postać House’a, co przyznają sami twórcy serialu, w bezpośredni sposób nawiązuje do Sherlocka Holmesa. Najlepszym przyjacielem Holmesa jest Watson, House’a zaś – doktor James Wilson (Robert Sean Leonard). Holmes rozwiązuje bardzo nietypowe zagadki kryminalne, House – medyczne. Obaj umieją bardzo dobrze dedukować. Holmes gra na skrzypcach, House na pianinie (głównie, bo jeszcze okazjonalnie na gitarze i harmonijce).  No i numer mieszkania House’a to 221B – dokładnie taki sam jak Holmesa przy osławionej londyńskiej ulicy Baker Street.

Każdy odcinek ma ściśle określony schemat, który bardzo rzadko zostaje złamany: najpierw widzimy osobę, którą zaraz zaatakuje jakaś choroba, później oglądamy czołówkę, po tym następuje wstępna diagnoza, która wydaje się być skuteczna, jednak po paru chwilach okazuje się, że choroba nawraca, House nie wie jak wyleczyć swojego pacjenta, aż tu nagle, przy z pozoru nic nieznaczącej rozmowie lub wydarzeniu (ale głównie przy rozmowie), doznaje on olśnienia, leczy chorego, słyszymy piosenkę podsumowującą dany odcinek, następnie napisy i koniec. Uff… w sumie to zaspoilerowałem Wam w tym momencie jakieś 90% serialu.

Dr House 3

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że najbardziej istotnym wątkiem fabularnym jest samo życie osobiste House’a i jego problemy, nie zmienia to jednak faktu, że spośród wszystkich seriali na mojej liście ten wydaje się być – właśnie poprzez swoją schematyczność, co uważam za główną wadę – najbardziej „tasiemcowy”. Również z tego powodu, że jeden sezon tej produkcji w praktyce przekłada się na dwa sezony innych (średnio każdy ma jakieś dwadzieścia odcinków, a że sezonów jest osiem…). Teraz jak tak nad tym myślę, to w sumie nie dziwię się sobie, że na pewnym etapie odpadłem.

Nie zmienia to jednak faktu, że fabularnie są tu obecne – i to nawet dość często – przebłyski geniuszu. Pomimo schematyczności serial wybrania się intensywnością widocznych na ekranie wydarzeń. Poza tym, pomimo wszystkich okropnych cech głównego bohatera, które wymieniłem wyżej, paradoksalnie trudno go nie lubić. Za antyspołeczną skorupą widać bowiem człowieka z krwi i kości. Geniusza, któremu w życiu prywatnym zwyczajnie nie wychodzi i który bardzo często dostaje od losu po dupie. Nie ma wątpliwości, że postać Gregory’ego House’a została napisana i zagrana absolutnie po mistrzowsku, przechodząc tym samym do pewnego rodzaju serialowej klasyki. I chociażby z tego tylko powodu warto ją poznać.

A ostatnie dwa sezony z pewnością kiedyś nadrobię.

+ Mistrzowsko rozpisana i zagrana przez Hugh Lauriego postać Gregory’ego House’a…
+ …która wzorowana jest dodatkowo na uwielbianym przeze mnie Sherlocku Holmesie
+ Jeżeli już zerwie z ustaloną konwencją i status quo, to robi to z hukiem i wywraca historię do góry nogami
+ Momentami naprawdę trzyma w napięciu…

– …ale innymi nudzi. Tak, zgadliście – przez schematyczność
– Trochę taki serialowy tasiemiec

Muzyka: 7/10 – przypominam sobie kilka dobrych motywów muzycznych w niektórych odcinkach, a zwłaszcza użyty na początku sezonu szóstego Radiohead ze swoim „No Surprises”.

Fabuła: 9/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 6/10

OCENA: 8/10

7. Better Call Saul
Better Call Saul
Spin-off „Breaking Bad” o jednej z moich ulubionych postaci w tym serialu, czyli wspomnianym już przeze mnie wyżej Saulu Goodmanie, którego gra Bob Odenkirk. Zanim jednak dość wątpliwy etycznie prawnik stał się tytułowym Saulem, poznajemy go jako zaczynającego dopiero swoją karierę – pod swoim prawdziwym jeszcze wtedy nazwiskiem – Jimmy’ego McGilla, na sześć lat przed jego spotkaniem z Walterem Whitem. Jimmy stara się wyrobić nazwisko w prawniczym zawodzie, będąc jednocześnie wierny swoim zasadom. Ważną rolę na tym etapie jego życia spełnia także jego starszy brat, Chuck (Michael McKean), który również był prawnikiem, ale który od paru lat zmaga się z chorobą psychiczną, dotyczącą kontaktu z elektroniką oraz prądem (do tego stopnia, że ma on problemy z jakimkolwiek wychodzeniem z domu).

Zdaję sobie sprawę z tego, że umieszczenie w mojej topce serialu, który ma za sobą wyemitowany jedynie jeden sezon, jest dość odważne. Co więcej, umieszczenie go wyżej od „Breaking Bad” już w ogóle może się wydać jakąś okrutną herezją dla fanów twórczości Vince’a Gilligana. No bo jak to tak – przecież to jedynie spin-off, tak po prawdzie żerujący głównie na popularności BB, który już zawsze tym spin-offem będzie i który nigdy nie przebije oryginalnej historii. Prawda?

Mam świadomość tego, że takie jest zdanie większości fanów i w pełni je rozumiem. Zdecydowałem się umieścić jednak „Better Call Saul” a) na swojej liście i b) wyżej od BB z dwóch powodów. Po pierwsze – za historię Saula Goodmana odpowiada, tak jak w przypadku historii Waltera White’a, Vince Gilligan. A jeśli czytaliście mój przydługi wywód na temat „Breaking Bad”, to wiecie, że jedną z głównych zalet tej produkcji jest moim zdaniem systematycznie rosnący z każdym kolejnym sezonem poziom oraz poukładana od początku do końca fabuła. Jeżeli więc czegokolwiek nas to nauczyło, to tego, że patrząc teraz na nowy serial Gilligana należy wręcz zakładać, że tak samo rozwiązana będzie historia Jimmy’ego McGilla. Co napawa tylko i wyłącznie optymizmem.

Po drugie – pierwszy sezon cholernie mi się spodobał. I to DUŻO bardziej od pierwszego sezonu „Breaking Bad”. Jak już wiecie, choć doceniam dobrą robotę wykonaną przy BB, nie uważam tej produkcji za ósmy cud świata. Mając więc to wszystko na względzie muszę napisać jedno, kluczowe w całym tym porównaniu zdanie – przy oglądaniu tego spin-offa bez przerwy miałem wrażenie, że to dokładnie takie „Breaking Bad”, jakie chciałem oglądać od samego początku. Pozbawione najbardziej drażniących mnie wad w pierwowzorze; prawie tak, jakby Vince Gilligan uczył się na własnych błędach. A zatem tak niesamowicie drażniący mnie naturalistyczny sposób kręcenia scen… tutaj okazał się już nie być taki zły. Nie zrozumcie mnie źle – to dalej ten sam styl, który stoi w opozycji do uwielbianej przeze mnie szybko pędzącej historii rodem z „Sherlocka” czy „Suits”, złapałem się jednak na tym, że w BCS w ogóle mnie on nie irytuje. Że, choć obecny, nie jest tak bardzo nachalny. Że nawet nie tylko umiem go znieść, ale również docenić w pewien sposób jego artyzm.

Better Call Saul 2

Nie stawiam tu więc w szranki „Better Call Saul” z tym, co osiągnął w całych swoich pięciu sezonach „Breaking Bad”. Byłoby to bardzo głupie. Moja teza o wyższości BCS wynika tylko i wyłącznie z faktu porównania ze sobą pierwszych sezonów obu tych seriali. I w takim porównaniu to Saul Goodman na tym etapie wychodzi dla mnie zwycięsko.

Mogą się więc w tym momencie stać dwie rzeczy – Vince Gilligan, po bardzo dobrym wprowadzeniu w historię McGilla i analogicznie do BB, z każdym następnym odcinkiem będzie zwiększał tempo i stworzy nam niezapomnianą historię lub kolejne sezony okażą się jednym z największych rozczarowań w historii telewizji. Ale że w ten ostatni scenariusz nie chce mi się jakoś bardzo wierzyć, to zakładam a priori, że historia nie spuści z tonu.

Tak czy inaczej, z niecierpliwością wyczekuję lutego i premiery drugiego sezonu.

+ Moja ulubiona postać drugoplanowa z „Breaking Bad” dostała swój własny serial
+ Umiejętności aktorskie Boba Odenkirka
+ Postać Mike’a Ehrmantrauta (Jonathan Banks), obecna już wcześniej w BB, która jednak tutaj dostała dużo więcej czasu
+ Bardzo dobre wprowadzenie do historii Jimmy’ego McGilla w pierwszym sezonie, które jest dla mnie o wiele lepsze od tego w „Breaking Bad”
+ Mniej nachalny sposób kręcenia naturalistycznych scen, który tu przestał mnie już drażnić (a nawet zacząłem go doceniać)
+ Tak w skrócie, to na ten moment jest to takie „Breaking Bad”, które chciałem oglądać od samego początku
+ Biorąc pod uwagę fakt, że za wszystko odpowiedzialny jest Vince Gilligan, to możemy spodziewać się wzrastającego poziomu w następnych sezonach

– Z racji tego, że to dopiero pierwszy sezon, nie dzieje się zbyt dużo. Ale jestem niemal pewien, że tak to wszystko miało wyglądać, a najlepsze dopiero przed nami
– Taka sobie ścieżka dźwiękowa

Muzyka: 6/10 – czołówka jest dla mnie o wiele lepsza niż ta z „Breaking Bad”, zarówno pod względem podkładu muzycznego, jak i kadrów filmowych. W BB było w niej widoczne jedynie „chemiczne” logo, zaś w „Better Call Saul” niektóre ujęcia są absolutnie genialne (wyglądają niczym namalowane przez kogoś obrazy – warto też przy tym zaznaczyć, że każdy odcinek ma je inne) i we wspaniały sposób komponują się one z motywem przewodnim. Jest to dla mnie na ten moment wzór, na podstawie którego powinno się tworzyć minimalistyczne intra. Zresztą, sami popatrzcie:

Poza tym jednak sama ścieżka dźwiękowa nie zapadła mi niestety na razie w pamięć jakimś szczególnym utworem. Ale cały czas cierpliwie czekam na moment, w którym się to zmieni.
Fabuła: 8/10
Jak bardzo przyciąga przed ekran: 8/10

OCENA: 8/10

6. Suits
Suits
Serial o ponadprzeciętnie inteligentnych prawnikach, pracujących dla fikcyjnej kancelarii Pearson-Hardman (na początku, bo potem nazwa jeszcze kilkukrotnie się zmieni…). Harvey Specter (Gabriel Macht), jeden z najlepszych prawników w Nowym Jorku, poszukuje asystenta. Przypadkiem natrafia na Mike’a Rossa (Patrick J. Adams), który prawem od zawsze się interesował, jednak nie ma on potrzebnego do jego praktykowania wykształcenia. Mimo to Ross, dzięki swojej fotograficznej pamięci, bardzo przypada Specterowi do gustu, więc ten i tak postanawia go zatrudnić. I to pomimo żelaznej zasady obowiązującej w kancelarii Pearson-Hardman, według której przyjmowani są jedynie absolwenci Uniwersytetu Harvarda.

„W garniturach”, według moich obserwacji, składa się zasadniczo z trzech głównych wątków. Pierwszy to rozwijana w każdym z pięciu sezonów sprawa oszustwa Mike’a Rossa, za które w praktyce może nawet pójść do więzienia. Drugi to oczywiście rozwiązywane przez dobrze współpracujące ze sobą duo Specter-Ross problemy prawnicze. Trzeci zaś to życie osobiste głównych i pobocznych postaci.

Suits 3

Napiszę wprost: „Suits” bardzo przypadło mi do gustu. Mało który serial wciągnął mnie w perypetie swoich bohaterów tak bardzo jak ten. W praktyce od samego początku jesteśmy wrzuceni w wir dynamicznie dziejących się wydarzeń, które bardzo przyciągają widza do ekranu. Co jednak najlepsze – akcja w ogóle nie zwalnia (sposób nakręcenia tego serialu jest więc kompletnym przeciwieństwem stylu Vince’a Gilligana, który potrafi czasem celowo przynudzić). Dodatkowo z każdym kolejnym odcinkiem pałamy coraz większą sympatią do bohaterów, zarówno pierwszo-, jak i drugoplanowych.

Dużą rolę odgrywają bowiem też takie postacie, jak sekretarka Harvey’ego, Donna Paulsen (w tej roli genialna Sarah Rafferty), asystentka w „Pearson-Hardman”, Rachel Zane (Meghan Markle), inny prawnik i prywatnie rywal Harvey’ego, Louis Litt (Rick Hoffman), czy szefowa całej kancelarii, Jessica Pearson (Gina Torres). Każda z nich na pewnym etapie ma przedstawiony rozbudowany wątek dotyczący ich życia osobistego, co pozwala oglądającym utożsamić się z ich motywacjami i spojrzeć na całą historię nie tylko z perspektywy Mike’a czy Harvey’ego. Nie da się w tym momencie nie wspomnieć o bardzo dobrej grze aktorskiej całej obsady, którą to podczas seansu można się wręcz delektować.
No i dodatkową zaletą jest też dla mnie sama tematyka tej produkcji. Po tylu serialach, w których motywem przewodnim jest śmierć, dochodzenie, strzelanie i martwe ciała, naprawdę miłą odmianą jest pooglądanie sobie czegoś, czego akcja nie oscyluje bliżej lub dalej wokół brutalnie zmasakrowanych zwłok.

Odnotowałem jednak też parę minusów, które trochę mnie drażniły. Po pierwsze – wielość wątków romantycznych. Praktycznie każda postać musi się z kimś na pewnym etapie związać, a my jako widzowie musimy być świadkami jej problemów sercowych. Nie zrozumcie mnie źle – para Mike i Rachel jest całkiem fajna do oglądania, ale raz, że jest jej zdecydowanie za dużo (istnieją całe odcinki, które oscylują praktycznie tylko i wyłącznie wokół ich wątku romantycznego), a dwa, że to nie tylko oni. To również Harvey, Donna, Louis i Jessica, czyli razem aż pięć (sic!) postaci, których związki na pewnym etapie śledzimy (na szczęście nie symultanicznie, bo wtedy wyszłaby z tego co najwyżej opera mydlana, a nie dramat prawniczy). A nie jestem pewny, czy jeszcze o kimś nie zapomniałem.
Miałem więc siłą rzeczy miejscami dość niemiłe wrażenie oglądania czegoś w rodzaju „M jak Miłość”, tylko dobrze zagranego i nakręconego.

Suits 2 - Mike Ross

Kolejnym minusem jest dla mnie kompletne odrealnienie historii i samych bohaterów od świata rzeczywistego. Bo choć umiemy  się z tymi drugimi utożsamić i nawet ich polubić, to jednak w pewnym momencie zdajemy sobie dość wyraźnie sprawę z tego, że wszystko jest jedynie filmową fikcją (coś nie do pomyślenia chociażby w wyżej opisanym przeze mnie „Better Call Saul”). To, w jak perfekcyjny sposób przedstawione są prawie wszystkie (oprócz Louisa) postacie w tym serialu – i chodzi mi tu nie o to, że tak dobrze je nakręcono, ale o to, że ich cechy, zarówno wyglądu, jak i charakteru, są zbyt wyidealizowane – bardzo mocno godzi w jego autentyczność. Ba, przez większość sezonów Harvey Specter gra wręcz prawniczego półboga.
I choć wyżej chwaliłem zawrotną akcję, która nie pozwala nam się odlepić od ekranu, to jednak ma to też swoją gorszą stronę – mniej więcej w czwartym lub piątym sezonie zaczynamy pukać się w czoło ze względu na ilość perturbacji fabularnych, jakich byliśmy do tej pory świadkami. Przerysowani są więc nie tylko bohaterowie, ale w ogóle sama fabuła, która będąc tak bardzo żywa, siłą rzeczy uderza jak taran w nasze poczucie zdrowego rozsądku.

Pomijając jednak te wady – i tak bardzo polecam ten serial, ponieważ jestem wręcz przekonany, że jak już się w niego wkręcicie, to nie będziecie chcieli przestać go oglądać. Ma on za sobą pięć sezonów, a cały czas trzyma w napięciu, cały czas jego akcja prze do przodu i cały czas (co jest wręcz nie do pomyślenia) pozostaje świeży. Jak dla mnie – absolutnie mistrzowskie osiągnięcie.

+ Gra aktorska całej obsady (a zwłaszcza Sary Rafferty, wcielającej się w postać Donny Poulsen)
+ Pędząca akcja, która nie pozwala nam się nudzić ani przez moment
+ Fabuła zachowuje, przez aż pięć do tej pory nakręconych sezonów, stabilny, wysoki poziom oraz świeżość…
+ …która odnawiana jest bez przerwy nowymi, świetnymi pomysłami i zwrotami akcji
+ Nikogo tu nie zabijają. Serio. Może to już oznaka mojego starzenia się, ale, cholera, jakby się tak zastanowić, to na tej liście jest to dość miła odmiana

– Spory przerost wątków romantycznych
– Przerysowane postacie
– Po tylu zwrotach akcji mało co wydaje nam się już pod koniec realistyczne

Muzyka: 6+/10
– Czołówka  jest dla mnie jedną z gorszych jakie oglądałem, ale sam podkład muzyczny ma swoje dobre momenty. Pamiętam zwłaszcza bardzo przyjemny dla ucha utwór Gotye z drugiego sezonu, pt. „Smoke and Mirrors”,

którego słowa „You’re a fraud and you know it” genialnie komponowały się z pokazaną w tym momencie sytuacją Mike’a.
Fabuła: 6+/10 – Zbytnie przerysowanie zarówno dziejących się na ekranie sytuacji, jak i samych postaci. No i ta ilość wątków romantycznych…
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 10/10

OCENA: 8+/10

I tym sposobem dobrnęliśmy do końca części drugiej. Za tydzień postaram się zwieńczyć ten tekst pięcioma najbardziej uwielbianymi przeze mnie serialami; produkcjami z mojego absolutnego topu, które już bez najmniejszego wahania poleciłbym obejrzeć każdemu.

Do tego czasu – na razie.

Reklamy
Zwykły wpis

Top 15 Seriali – część pierwsza (15-11)

Top seriali - częśc pierwsza

Mniej-więcej od dekady możemy zaobserwować zjawisko masowego wysypu dobrych seriali, które rozmachem wcale nie ustępują hollywoodzkim hitom, a mając na opowiedzenie swojej historii o wiele więcej czasu – często te hity swoim poziomem przewyższają. Jako, że trochę się już ich naoglądałem – postanowiłem zaprezentować listę najlepszych piętnastu, które widziałem i które mógłbym polecić.

Tekst ten będzie zbudowany na zasadzie piętnastu mini-recenzji zwieńczonych zestawieniem plusów i minusów danego serialu oraz oceną w skali 1-10. Oprócz tego osobno ocenię w każdej produkcji jej muzykę, fabułę oraz to, jak bardzo mnie ona wciągnęła (angażowanie odbiorcy w historię – uznałem za istotne rozróżnienie tego od samej fabuły i jej sensowności, bo często nawet ta niezbyt mądra i z wieloma lukami i tak potrafi niesamowicie przykuć do ekranu). Zastanawiałem się też nad oceną poziomu gry aktorskiej, „problem” jednak w tym, że praktycznie we wszystkich wymienionych poniżej produkcjach stoi on na bardzo dobrym poziomie – nie ma to więc chyba zbyt dużego sensu. A jeżeli będę chciał osobno wyróżnić grę jakiegoś aktora (np. genialnego Kevina Spacey’ego w HoC), to z pewnością to zrobię.

A zatem zaczynajmy.

PS. Ah, i tak, nie oglądałem „Gry o Tron”, więc nie będzie tego serialu w moim zestawieniu. Może kiedyś uda mi się tę niewątpliwie sporą zaległość (numer 1 spośród wszystkich seriali na filmwebie) nadrobić.

15. Prison Break
Prison-Break
Sporo myślałem nad tym czy w tym zestawieniu umieścić „Zagubionych”, czy jednak „Skazanego na śmierć”, dla obu produkcji bowiem miejsca nie było. Zdecydowałem się wyrzucić Lostów, ponieważ pomimo bardzo interesującej historii w pierwszych dwóch sezonach, jej rozwinięcie w następnych było coraz gorsze, aż doszliśmy do momentu, w którym prawie nic już się nie trzymało kupy.

Podobny zarzut mam do Prison Breaka. Ostatecznie postawiłem go jednak wyżej od Lostów z dwóch powodów – po pierwsze, ze względu na absolutnie genialny fabularnie pierwszy sezon, który wciągnął mnie o wiele bardziej niż historia o rozbitkach lotu 815. Po drugie – z powodu wspaniałej gry aktorskiej Wentwortha Millera, grającego głównego bohatera, Michaela Scofielda. Jako brat skazanego niesłusznie na śmierć Lincolna Barrowsa, Michael opracowuje sposób na wydostanie go z więzienia Fox River. Tatuuje on sobie na całym ciele plany zakładu karnego, pozoruje napad na bank oraz daje się złapać – tylko po to, by razem z bratem przeprowadzić brawurową ucieczkę.

Charyzma i nieprzeciętna inteligencja Michaela, tak dobrze uchwycone przez Wentwortha Millera, są dla mnie główną zaletą tej produkcji. W pierwszym sezonie, gdy dochodzi do tego bardzo dobrze pomyślana fabuła, jest to praktycznie serial idealny. Niestety, co dość często zdarza się w produkcjach posiadających po kilka sezonów – im dalej w las, tym gorzej. Z genialnego poziomu schodzimy więc systematycznie do jedynie poprawnego, gdzie w czwartym – ostatnim – sezonie główna intryga staje się już całkowicie absurdalna i zniechęca widza do dalszego oglądania swoją głupotą (bardzo podobna sytuacja jak w przypadku wspomnianych już wyżej „Zagubionych”). Nie zmienia to jednak faktu, że pierwszy sezon poleciłbym obejrzeć każdemu i żal tylko, że twórcom serialu nie udało się utrzymać jego poziomu. W dwóch ostatnich sezonach widać zresztą bardzo wyraźnie jak nie potrafili oni skończyć tak dobrze zaczętej przez siebie historii w odpowiedni sposób i w odpowiednim miejscu.

+ Ścieżka dźwiękowa i główne motywy muzyczne, które w bardzo dobry sposób budują klimat

+ Wentworth Miller, który wspaniale wcielił się w charyzmatycznego i bardzo inteligentnego Michaela Scofielda
+ Genialny fabularnie pierwszy sezon
+ Dobrze napisane i zagrane postacie drugoplanowe – głównie T-Bag (Robert Knepper) oraz Alex Mahone (William Fichtner)

– Gorszy od sezonu pierwszego sezon drugi
– Gorszy od sezonu drugiego sezon trzeci
– Absurdalny fabularnie sezon czwarty
– Nieumiejętność skończenia przez scenarzystów fajnie zaczętej historii w dobry sposób

Muzyka: 9/10
Fabuła: 6/10 (pierwszy sezon: 10/10, ostatni: 2/10)
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 6/10

OCENA: 6/10

14. The Escape Artist
TheEscapeArtist
Dość trudno jednoznacznie stwierdzić czy można potraktować jedynie trzyodcinkową produkcję już jako serial, czy jeszcze jako zwyczajnie pocięty na trzy części film, ale tak czy inaczej – poziom tego „czegoś” (a może po prostu „miniserialu”?)  jest całkiem niezły, więc i nie czuję się źle z tym, że go tu umieściłem.

Pomińmy milczeniem idiotyczne polskie tłumaczenie tytułu (jakby ktoś był ciekawy: „Kłopotliwa sprawa” – jak dla mnie mocny kandydat na podium debilnych tłumaczeń obok „Wirującego seksu” i „Szklanej pułapki”). Historia skupia się na bardzo zdolnym adwokacie, Willu Burtonie (w tej roli bardzo dobry David Tennant), któremu udaje się uniewinnić oskarżonego o morderstwo Liama Foyle’a (granego przez Toby’ego Kebbella – i tu ciekawostka: ten sam aktor pojawi się jeszcze później w tym zestawieniu, również grając postać o imieniu Liam). Jak się później okazuje – skutki tego stają się dla Burtona tragiczne.

Fabuła jest napisana dość sprawnie, zaś sam sposób nakręcenia tego serialu jest całkiem żwawy i wciągający. Jedynym większym zarzutem w stosunku do tej produkcji jest tylko i wyłącznie fakt, że w zestawieniu z tyloma pomysłowymi i bardzo dobrymi serialami, które na mojej liście znajdują się niżej, ten wydaje się jedynie przeciętnym i co najwyżej poprawnie zrobionym thrillerem. I chociaż brak mu „tego czegoś”, tej iskry fabularnego geniuszu, dalej jest to bardzo ciekawie zrealizowana historia, którą bez problemu mógłbym polecić na jakiś jeden, nudny, zimowy wieczór.

+ David Tennant jako Will Burton
+ Sprawnie napisana i wciągająca historia
+ Produkcja stworzona przez BBC (osobiście uwielbiam te z Wielkiej Brytanii: specyficzna brytyjska kultura i akcent bardzo do mnie przemawiają)
+ Dobry pomysł na spędzenie nudnego wieczoru przed telewizorem

– W porównaniu z innymi produkcjami, które tu zamieściłem – mimo wszystko, nic specjalnego
– Brak zapadającego w pamięć tematu muzycznego

Muzyka: 5/10 (jakaś tam jest)
Fabuła: 7/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 7/10

OCENA: 6+/10

13. Hannibal
Hannibal

Wszyscy słysząc „Hannibal” myślą „Milczenie Owiec”. Dla mnie nie jest to jednak myślenie poprawne. Pomijając fakt, że samo „Milczenie” kompletnie nie przypadło mi do gustu w przeciwieństwie do zdecydowanej większości ludzi, którzy uważają ten film za swego rodzaju klasykę thrillerów* – trzy lata temu o litewskim geniuszu zbrodni i kanibalu powstał przecież bardzo dobry serial.

Hannibal Lecter to taka postać, którą każdy zna, jednak w sumie to nie powinien. Zarówno filmy jak i serial nie są bowiem niczym wielce genialnym. Popularności tej postaci przysporzyło wspomniane przeze mnie wyżej „Milczenie Owiec” z 1991 roku, jednak jej debiut to bardzo mało znany film „Manhunter” z 1986, będący pierwszą ekranizacją „Czerwonego Smoka”, gdzie po raz pierwszy na srebrnym ekranie w rolę najsłynniejszego kanibala świata wcielił się Brian Cox. Spokojnie jednak – film ten jest tak denny, że i ja nie mam nic przeciwko wymazaniu go z historii.

W serialu tytułowego bohatera gra, moim zdaniem genialny w tej roli, Mads Mikkelsen. Nie podejmę się stwierdzenia, że przebił on swoją kreacją „klasycznego” Hannibala, czyli Hopkinsa, który również wspaniale go sportretował (to trochę tak jak porównanie niesamowitego Heatha Ledgera w roli Jokera z równie niesamowitym Jokerem Jacka Nicholsona), ale bez wątpienia jest on co najmniej tak samo dobry.

Wspaniałą w mojej opinii była też decyzja, by naprzeciwko Hannibala postawić Willa Grahama, nie zaś sztampową i jednowymiarową Clarice Sterling. Postać Grahama w zrealizowanych filmach o Hannibalu miała tego pecha, że do tej pory nigdy nie została dobrze zagrana. W 1986 roku w „Manhunterze” wcielił się w nią co najwyżej przeciętny William Petersen, zaś w „Czerwonym Smoku” z 2002 roku (gdzie Hannibala grał już Hopkins) okropny i zupełnie niepasujący do tej roli Edward Norton. Sam Will Graham to jednak bohater bardzo niejednoznaczny i ze swojej natury niesamowicie skomplikowany psychologicznie. Trzeba zatem naprawdę wielkiego kunsztu aktorskiego, by takie coś dobrze przedstawić na ekranie. Will bowiem, jako jedyny, jest w stanie zrozumieć psychopatyczny sposób myślenia doktora Lectera, jego motywy (a raczej ich zatrważający brak) oraz sztuczki którymi się posługuje, by ukryć przed światem swoją prawdziwą, przerażającą stronę. Sam jednak, robiąc to i pojmując w jaki sposób Lecter myśli, popada w coraz większą paranoję – musi więc walczyć nie tylko z Hannibalem, ale też ze sobą, by nie stać się w konsekwencji takim samym psychopatą jak on.

Hannibal 2

Zarówno pierwsza, jak i druga filmowa próba sportretowania zagmatwanej psychiki Grahama wypadły bardzo blado. I z tym większą przyjemnością mogę napisać, że w serialowej adaptacji Hugh Dancy’emu udało się to zrobić PO MISTRZOWSKU, po raz pierwszy w dobry sposób przedstawiając skomplikowaną postać współpracownika FBI. Takie smaczki jak unikanie kontaktu wzrokowego ze swoimi rozmówcami, problemy z bezsennością, a jeżeli już się uda zasnąć – z koszmarami, coraz większe widoczne zmęczenie psychiczne, które również oddziałuje na pogarszający się wygląd – wszystkie one składają się na wspaniałą kreację Willa Grahama, na którą ta postać zasługiwała od początku. Dodatkowym plusem jest sama serialowa forma przedstawienia obu głównych postaci – jako widzowie mamy nieporównywalnie więcej czasu na poznanie psychiki zarówno Hannibala, jak i Willa, niż do tej pory, gdy wszystko działo się w konwencji dwugodzinnego filmu. I szkoda tylko, że poziom fabularny po pierwszym sezonie dość mocno leci na szyję, by w trzecim być już jedynie bardzo naciąganą historią, która na końcu zaczyna bezwstydnie czerpać garściami z poprzednich filmowych adaptacji, w których pojawiła się postać doktora Lectera. Mimo to jednak serialowy Hannibal i tak wydaje mi się najlepszą do tej pory próbą przedstawienia historii bodaj najsłynniejszego fikcyjnego seryjnego mordercy świata. I tak, lepszą także od „Milczenia owiec”.

Ah, bym zapomniał. Ten serial jest najbardziej brutalnym serialem na tej liście i chyba w ogóle najbardziej brutalną produkcją jaką kiedykolwiek widziałem. I mówię tu o brutalności typu gore. Jeżeli jednak Wam to nie przeszkadza (mnie odrobinę przeszkadzało, choć nie jestem jakoś bardzo wrażliwy na takie rzeczy) – zapraszam do oglądania.

+ Bardzo dobrze zagrany przez Madsa Mikkelsena Hannibal
+ Genialnie zagrany przez Hugh Dancy’ego Will Graham
+ I to na dodatek taki Will Graham, który po raz pierwszy na srebrnym ekranie został fabularnie dobrze przedstawiony z psychologicznego punktu widzenia
+ Całkowite zignorowanie nudnej i sztampowej postaci Clarice Sterling
+ Dobre role drugoplanowe, zwłaszcza ta Laurence’a Fishburne’a (jakby ktoś nie kojarzył – Morfeusz z Matrixa), grającego agenta FBI, Jacka Crawforda

– Przemoc w stylu gore. Wszystko wszystkim, ale trochę tego tam jest za dużo. Niektóre rzeczy musiał stworzyć jakiś absolutny psychopata
– Spadek poziomu w drugim i trzecim sezonie
– Fabularne niedociągnięcia – najbardziej rażącym było dla mnie stężenie seryjnych morderców na metr kwadratowy (w pewnym momencie ma się wrażenie, że w tym serialu co druga postać to psychopata)
– W trzecim sezonie – czerpanie garściami z innych filmów o Hannibalu i w związku z tym brak większej oryginalności

Muzyka: 4/10 – poza fajnym wykorzystaniem „Lacrimosy” Mozarta,

nie było żadnego (i co ważne – autorskiego) zapadającego w pamięć motywu muzycznego. „Dexter” pokazał już wcześniej w jaki sposób zrobić ścieżkę dźwiękową, która jednocześnie jest bardzo dobra i która, sprawiając wrażenie niepokoju, pasuje do psychopatycznego głównego bohatera. Niestety, tu się nawet o stworzenie takiego efektu nie postarano.
Fabuła: 7+/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 6/10 –
pod koniec oglądałem w praktyce trzeci raz ekranizację „Czerwonego Smoka”, więc byłem już niemiłosiernie znudzony. Natomiast jeżeli Wy żadnej nie widzieliście – możecie tu sobie dodać jedno lub nawet dwa oczka.

OCENA: 7/10

*Moim głównym zarzutem wobec „Milczenia Owiec” jest to, że jest to dalece bardziej obraz o średnio wyrazistej agentce FBI, Clarice Sterling, niż o samym Hannibalu. Lepszy już był więc dla mnie sequel, czyli „Hannibal” z 2001 roku, gdzie mniej było nielubianej przeze mnie Sterling (w której rolę, tak swoją drogą, wcieliła się już inna aktorka), a więcej tytułowego Hannibala granego przez Anthony’ego Hopkinsa.

12. The Killing
The Killing
Mało znany serial stacji AMC (tej od Breaking Bad), który na myśl przywodzi najlepsze szwedzkie kryminały. Główna bohaterka, detektyw Sarah Linden (grana przez Mireille Enos), wraz ze swoim partnerem Stephenem Holderem (Joel Kinnaman), stara się rozwiązać sprawę morderstwa młodej dziewczyny, Rosie Larsen.

Nie jest to typowy serial kryminalny. Skupia się on bowiem bardzo na aspekcie psychologicznym, zarówno w przypadku samych śledczych, jak i rodziny ofiary. Jest to dość nietypowe, ponieważ w większości takich produkcji martwe ciało jest jedynie martwym ciałem i zagadką, którą należy rozwiązać – tu z kolei pokazano od bardzo naturalistycznej strony rzeczywiste konsekwencje śmierci danej osoby. Stopniowo poznajemy rodzinę Larsenów, która pogrąża się w żałobie po stracie Rosie, mierząc się z wywołanymi przez to problemami. Dodatkowo ze swoimi własnymi próbują się także uporać zarówno Linden, jak i Holder, czyli detektywi prowadzący dochodzenie.

Serial przyjął w dwóch pierwszych sezonach dość oryginalną konwencję przedstawiania jednego dnia śledztwa na jeden odcinek. Nie znaczy to jednak, że robi się nudno – jeżeli śledztwo na chwilę stanie w miejscu, jesteśmy zaangażowani w jakiś inny problem, który akurat dzieje się na ekranie. W tym miejscu należy pochwalić scenarzystów, którzy bardzo płynnie potrafią żonglować wątkami i umiejętnie dawkować nam emocje. Co ważne w serialach kryminalnych – sprawca, spośród kilku podejrzanych, jest obecny od początku, więc domorośli detektywi (tak jak w przypadku książek kryminalnych) mogą próbować zgadywać kto jest za zbrodnię odpowiedzialny. Nie ma tu więc, nie do przyjęcia w kryminałach, zagrania w stylu „deus ex machina” i to również należy zaliczyć na plus.

Na minus z kolei – dwa ostatnie sezony (trzeci i czwarty), które odrobinę zmieniają konwencję (jeden dzień nie jest już równy jednemu odcinkowi) i których śledztwa wydają mi się zdecydowanie bardziej naciągane. Poziom nie spada jednak na szczęście tak drastycznie jak w Lostach, Prison Breaku, czy nawet w Hannibalu. Po prostu pierwsze śledztwo było rozpisane lepiej niż dwa następne. Wszystkie jednak są ciekawe i przykuwają do ekranu.

A tak już całkowicie na marginesie, to można wspomnieć jako ciekawostkę, że serial dość często odnosi się do mieszkańców USA polskiego pochodzenia. No i do polskiej mafii. Niby nic wielkiego, ale wywołuje uśmieszek na twarzy, zwłaszcza jak się słyszy kaleczone przez głównych bohaterów rodzime nazwiska 🙂 .

+ Kryminał, który ma bardzo dobrze rozwinięte wątki psychologiczne, i w którym każda śmierć coś znaczy
+ Oryginalna konwencja jednego odcinka odpowiadającego jednemu dniu śledztwa, która na dodatek nie sprawia, że serial staje się nudny
+ To zaś za sprawą bardzo umiejętnego dawkowania emocji i żonglowania przez scenarzystów w dobry sposób różnorodnymi wątkami
+ Możliwość zgadywania „kto zabił”

– Śledztwo w trzecim sezonie, które w przeciągu jednego odcinka wywraca się do góry nogami, przez co wydało mi się ono niesamowicie naciągane
– Śledztwo w czwartym sezonie, które choć nie jest bardzo złe, jest zdecydowanie gorsze od pierwszego, z Rosie Larsen

Muzyka: 5/10  – ponownie: niczego specjalnego nie odnotowałem, no może poza dość przyjemnym motywem, który pojawia się przy końcówce każdego odcinka.

Fabuła: 7/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 8/10

OCENA: 7/10

11. True Detective
True Detective
Mam pewien problem z tym serialem, ponieważ jego pierwszy i drugi sezon nie mają ze sobą nic wspólnego poza tytułem. Nie umiem tego odżałować z dwóch powodów – pierwszy to taki, że w drugim sezonie zniknęła genialna czołówka i ścieżka dźwiękowa z poprzedniego. Drugi – że nie zobaczę już postaci Rusta Cohle’a. Psia mać.

Skoro ustaliliśmy już sobie, że pierwszy i drugi sezon to dwa różne seriale, to żeby mieć całkowicie czyste sumienie muszę się jeszcze przyznać do tego, że przez drugi nie dałem rady przebrnąć. Obejrzałem pierwszy odcinek i tak mnie podłamała kompletna zmiana WSZYSTKIEGO, że nie miałem już motywacji iść dalej. Tutaj zatem przedstawię moje odczucia dotyczące wyłącznie pierwszego sezonu. Tego z Rustem.

Gra go, genialny w tej roli, Matthew McConaughey. Wraz z Martinem Hartem (Woody Harrelson) powracają oni do nierozwikłanego przez nich śledztwa sprzed siedemnastu lat, a raczej zmuszają ich do tego policjanci, którzy ich przesłuchują w związku z popełnionym niedawno morderstwem, bliźniaczym do sprawy z roku 95. Akcja dzieje się więc naprzemiennie w roku 1995, gdy widzimy jak dwaj byli partnerzy próbują rozwikłać zagadkę morderstwa, oraz w roku 2012, gdy są oni przesłuchiwani przez nowych śledczych.

Po opisie może się zdawać, że kryminalny banał, jednak nie jest to prawda. Serial wciąga przed ekran od momentu, w którym się go włączy. Jest też krótszy niż większość, ponieważ omawiany przeze mnie pierwszy sezon zawiera jedynie osiem odcinków. Ale za to jakich.
True Detective 2 (Rust Cohle)
O ile wspomniany wyżej The Killing w bardzo fajny sposób przedstawia psychologię różnych postaci, a nawet samej rodziny zmarłej, tak w żaden sposób nie umywa się to do filozoficznych rozmyślań Rusta Cohle’a, które są dla mnie po prostu genialne. „The Taxman” (ksywka przydzielona mu ze względu na charakterystyczny notes, który ze sobą nosi) jest nihilistą pierwszej wody, prowadzącym iście schopenhauerowskie przemyślenia na temat świata, religii i sensu życia. Jeżeli masz w sobie choć odrobinę z pesymisty, jestem niemal przekonany, że postać Cohle’a przypadnie Ci do gustu.

Jeżeli zaś chodzi o samo śledztwo, to fabularnie było ono przeprowadzone dość poprawnie, do momentu kulminacyjnego, który był dla mnie odrobinę naciągany. Pomijając jednak to, pierwszy sezon jest z pewnością wart polecenia.

+ Wspaniała gra aktorska Matthewa McConaughey’a, wcielającego się w postać Rustina Cohle’a
+ Fabularne rozpisanie tej postaci, pesymisty i nihilisty, który swoimi „rozkminami” dał mi do myślenia bardziej niż niejedna przeczytana przeze mnie książka filozoficzna
+ Trzymające w napięciu, dość ciekawe śledztwo
+ Bardzo przyjemna ścieżka dźwiękowa i genialna czołówka
+ Dialogi pomiędzy Rustem a prostym w swoim sposobie myślenia Martym
+ W związku z powyższym – widoczny kontrast pomiędzy tymi dwoma postaciami, który jest na swój sposób całkiem zabawny
+ Wspominałem już o Rustinie Cohle’u?

– Kulminacja śledztwa, która wydała mi się trochę naciągana
– Jak dla mnie – drugi sezon. Może nie on sam w sobie (nie widziałem w całości), ale przez fakt, że zrywa on w bezpardonowy sposób z poprzednim. I tak, zgadliście – przez to, że brak w nim Rusta Cohle’a

Muzyka: 9/10 – czołówka miażdży.

Fabuła: 7/10
Jak bardzo przykuwa przed ekran: 8+/10

OCENA: 7+/10

Okej, koniec części pierwszej. W połowie pisania doszedłem do wniosku, że cały tekst opisujący piętnaście najlepszych moim zdaniem seriali należy podzielić na trzy razy (niczym The Escape Artist), zarówno dla dobra piszącego, jak i czytelników, którzy być może nie mają ambicji pochłonięcia za jednym podejściem na blogu całej książki. Siedem stron w Wordzie chyba na razie wystarczy.

Następnym razem przedstawię miejsca 10-6 z mojej listy, a za jeszcze następnym już topową piątkę. Nie trzeba być Sherlockiem by się domyślić jakie to będą konkretnie produkcje (grafika otwierająca tekst), zagadką pozostanie natomiast kolejność.

No to do następnego.

Zwykły wpis

Islam nie jest niczemu winny?

islam.jpg

Tak sobie słucham tej medialnej debaty pomiędzy światopoglądowymi lewicowcami obawiającymi się o nastanie w Europie powszechnej islamofobii i światopoglądowymi prawicowcami, którzy zdają się krzyczeć wszem i wobec „A nie mówiliśmy?!” i… nie mogę oprzeć się wrażeniu, że oba te obozy poruszają się po jakichś bardzo okrutnych skrajnościach.
Z radykalnie antyislamskimi argumentami nie chce mi się jakoś szerzej dyskutować, bo są one dość proste do obalenia – naprawdę niezbyt rozważnym jest wrzucanie do jednego wora wszystkich wyznawców religii, która liczy ich sobie jakieś półtora miliarda. Więc tu sobie daruję. Nie mogę jednak pojąć za bardzo także logiki drugiej strony, która zdaje się mówić, że ci terroryści to w sumie tylko garstka skrajnie myślących osób (swoją drogą, przypomina mi to usilne nazywanie hitlerowców „nazistami” a nie „Niemcami”, tak jakby ci pierwsi byli przybyszami z kosmosu). Ba, usłyszałem nawet gdzieś zdanie, że „religia sama w sobie nie jest ani agresywna, ani pokojowa”. Matko, nie. Po tysiąckroć nie.
Religia i jej indoktrynacja mają bezpośredni wpływ na to, jak jej wyznawcy postrzegają świat. Istnieje teoria mówiąca o tym, że islam, jako że jest on jakieś 500 lat młodszy niż chrześcijaństwo, jest z tego powodu na tym samym etapie rozwoju co to samo chrześcijaństwo 500 lat temu.
Islam jest najbardziej ekstremistyczną religią świata. Naprawdę, istnieje powód, przez który zdecydowana większość głośnych zamachów terrorystycznych organizowanych jest właśnie przez muzułmanów. W Koranie są całe wersety nawołujące do dżihadu.
I jasne, w Starym Testamencie też można znaleźć co bardziej radykalne kąski, tyle tylko, że nasza cywilizacja już się nauczyła je ignorować. W islamie procent ludzi, który tego nie robi, jest z pewnością o wiele większy niż w jakiejkolwiek innej religii.
Chociażby z tego powodu absolutnie zrozumiałym dla mnie jest utożsamianie terroryzmu ściśle z wyznawcami allaha, zwłaszcza po takich zamachach jak ten dwa dni temu. Udawanie, że terroryści działają w jakiejś niezdefiniowanej próżni religijnej i że religia sama w sobie nie jest niczemu winna jest zwyczajnym zakłamywaniem rzeczywistości.
Z czegoś ci ludzie wzięli inspirację. I wcale nie musieli sobie jakoś bardzo dużo dopowiadać.
Jestem natomiast skłonny zgodzić się co do tego, że nie istnieje religia, która jest stricte pokojowa. Zresztą, poznać można to właśnie po jej fanatycznym praktykowaniu przez ekstremistycznych wyznawców – w tym sensie jedyną pokojową religią na świecie jest dżinizm, bo nieważne jak ekstremalni, jej wyznawcy i tak nie wejdą do hipermarketu z bombą, krzycząc, że zdetonują się w imię Boga (ba, będą robili dokładnie na odwrót, bojąc się o życie każdej najmniejszej mrówki, którą mogliby niechcący rozdeptać na chodniku).
Nie zgodzę się jednak kompletnie ze stwierdzeniem, że religie jako takie są neutralne światopoglądowo. Nie. Są doktryny bardziej radykalne i mniej radykalne. I islamska jest tą bardziej radykalną.
I żeby nie było niedomówień – nie łączę tej kwestii w żaden konkretny sposób z problemem przyjmowania syryjskich imigrantów do Europy. Jest to temat na zupełnie inną dyskusję. Chcę tylko zauważyć, że wycinanie z medialnej narracji islamskiej doktryny jako będącej inspiracją dla dużej części terroryzmu na świecie jest nieuzasadnionym jej wybielaniem.
Zwykły wpis

Wywiad z Józefem Skrzekiem

Skrzek

Recital w Radiu Katowice, rok 2005 (fot. z archiwum artysty), http://www.skrzek.com



Bardzo interesującym doświadczeniem było dla mnie przeprowadzenie wywiadu
z popularnym muzykiem, bratem Jana „Kyksa” Skrzeka i liderem grupy SBB[1], Józefem Skrzekiem, na temat Śląska.

Adrian Hadasz: Zgodził się Pan porozmawiać ze mną o Śląsku. To niezwykle złożony, wzbudzający wiele emocji temat. Czy w dzisiejszym świecie Śląsk może przetrwać ze swoją tradycją?

Józef Skrzek: Śląsk będzie o to walczył, bo my jesteśmy bojowi. My, z natury rzeczy, mamy swoją tradycję, swoje korzenie, mamy swoją atmosferę i  gwarę.

Owszem, ale już w moim pokoleniu to wszystko zanika. Nie chcę powiedzieć, że nie ma tego w ogóle, ale mimo wszystko gwara jest mniej popularna, a Śląsk się polonizuje. Czy nie jest to poważny problem?

JS: Nie uważam tak. Sami tę Polskę wybraliśmy, mój wujek walczył w powstaniu. Śląsk, przez swoją specyfikę, od zawsze był ciepany[2], to w jedną, to w drugą stronę, ze względu na bogactwa, które posiadał. To jednak zawsze były gierki polityków i wojen, które stwarzały taką sytuację – ten Śląsk, pomimo przechodzenia z rąk do rąk, jakoś się ostaje.

Różnorodność patriotyczna jest niejako wpisana w historię tego regionu. W mojej rodzinie zdarzały się przykłady opowiadania się po stronie niemieckiej…

JS: Ale czy my mamy się bać tego, że posiadamy jakieś tam powiązania niemieckie? Co to za problem? Korzenie mamy na pewno śląskie i to jest najważniejsze. Teraz istnieje propaganda antyrosyjska i Rosjanie przejęli rolę wroga. Wcześniej była propaganda antyniemiecka.
I Niemcy, i Rosjanie robili straszne rzeczy, jednak nasze ich postrzeganie zmienia się tak, jak zmienia się polityka na świecie. W paru przypadkach przez te połączenia niemieckie, Ślązacy na pewno byli traktowani bardziej perfidnie, ale tak to już bywa.

Jest Pan przykładem tego, że wytworzony przez ludzi nieznających tego regionu stereotyp niewykształconego Ślązaka, który do niczego wielkiego w życiu nie dochodzi, jest całkowicie błędny. Koncertuje Pan po całym świecie. Pan zdołał zrobić tzw. karierę.

JS: Wielu Ślązakom się to udaje. W moim przypadku był to też pewien szczęśliwy bieg wydarzeń. To po prostu twarde życie. By być tym „naszym Ślązakiem” trzeba zwyczajnie nauczyć się być twardzielem. Trzeba nauczyć się żyć w warunkach „niesterylnych”. Także ze względu na nasze powietrze…

Ślązacy zawsze byli uważani za „twardych”.

JS: Byli też uważani za wiernych – wobec swojej ziemi. Nie będziemy patrzeć na odchyłki, że jakaś tam Erna sobie pojechała i zapomniała skąd jest. Co mnie to obchodzi? Ja tu jestem. Patrzymy na tych, co t u t a j gaszą światło, na tych, co t u t a j są. To oni powodują, że to wszystko istnieje dalej. Kształtuje się nowe pokolenie, młodzież, taka jak ty, która próbuje szukać swojej tożsamości na nowo. Musi jednak ona wiedzieć co jest dla Śląska istotne – wyrobić w sobie tę siłę woli, którą trzeba tutaj kształtować. Siłę charakteru, którą trzeba mieć. Tak jak mówisz, mam koncerty na całym świecie – ale ja zawsze wracam.

Pan odrzucał wielkie kontrakty po to, żeby tutaj zostać…

JS: To jest jasne! To jest oczywiste.

Patriotyzm?

JS: Niekoniecznie „patriotyzm”. To takie słowo, które jest niemodne. To konkretne przywiązanie do ziemi, do rodowych wartości i do rodziny. Mojego ojca za parę miesięcy nie będzie już z nami czterdziesty piąty rok i ja jestem najstarszym chopem[3] w tym rodzie. Myślisz, że mógłbym sobie ot tak furgać[4]? Raczej nie, choć tu też nie ma reguły, bo niektórzy  po  prostu  furgają.  Tylko  co  mnie  to  obchodzi?
I znowu – trzeba mieć swoje zdanie. Trzeba mieć w tym wszystkim siłę i argumentację. Dlaczego tak robię? Może przyzwyczajenie? Za każdym razem jak się jedzie w nowe miejsce, to trzeba się go uczyć – jego kultury, języka, stylu. W nowym miejscu jest się obcym. To miejsce może być wspaniałe i mogę się w nim czuć świetnie, ale zawsze będę się jednocześnie czuł tam gościem. To nigdy nie będzie mój dom. Będąc w USA czy
w Niemczech, nigdy nie poczułem się jak w domu. Tam jestem takim trochę kosmitą.  A tu? Tu jestem s k ą d ś – trochę na takiej zasadzie, że to jest moje i możecie mnie bajsnąć[5].

Lubi pan jednak podróżować…

JS: Oczywiście. Zwiedzanie świata i odkrywanie jego wspaniałych zakamarków jest fascynującym zajęciem. Tyle tylko, że ja jednocześnie nigdy nie zapominam o tym, gdzie jest mój dom. W moim życiu znalazłem się już co najmniej kilkanaście razy w sytuacji, w której byłem gdzieś z moją żoną poza Śląskiem i chciano nas tam niejako zasymilować. Co ciekawe, wtedy to moja żona, bardziej niż ja, tego „nie czuła”. Inną rzeczą jest to, że w układzie kobieta-mężczyzna kobieta często ma taką swoją intuicję.

Czy wspomniana wcześniej kariera wymagała jakichś poświęceń?

JS: Podpisując potężny kontrakt, który jednocześnie zaczyna Cię wiązać, podpisałeś
w pewnym sensie cyrograf z diabłem. Musisz być na każde wezwanie bądź kiwnięcie palcem, w zależności od rodzaju kontraktu. W tym momencie jest się sprzedanym, wynajętym. Im większa swoboda, tym jest lepiej. Ja na dzień dzisiejszy mam tę swobodę i czuję się z tym świetnie.

Czym dla Pana jest szeroko rozumiany krajobraz Śląska?

JS: Specyfika Śląska i śląskiej aglomeracji jest moim zdaniem wyjątkowa. Wszędzie jest blisko. Jeżeli coś ci nie pasuje w Siemianowicach, wyjeżdżasz do Katowic. I warto zauważyć, że każde z tych miast ma swój styl i pewną swoją niezależność, specyfikę, że każde się między sobą różni. Siemianowice są inne od Katowic, Katowice od Bytomia, Bytom od Chorzowa. Każde z nich na swój sposób walczy i każde z nich musi sobie poradzić, na przykład pod względem gospodarczym. Jeśliby rząd i Polacy potrafili nas, jako Ślązaków, bardziej doceniać i w nas inwestować, to byłoby wspaniale, jednak wątpię w to, by tak się stało. W obecnej chwili jesteśmy dla nich takim obrzeżem. Jedna z pań minister powiedziała, że „taki mamy klimat”, po czym „uciekła” do Brukseli – robi swoją karierę i zarabia pieniądze dla siebie. Myślę, że ogólnie teraz mamy takie czasy, że każdy patrzy na siebie i każdy na pierwszym miejscu stawia swoją karierę. Nie można się temu w żaden sposób dziwić, tak teraz działa świat. Czasy swoistego zbliżania się, w których byliśmy większą jednością, raczej już minęły. One przedtem bywały. Wtedy byliśmy mocarzami, pod względem takich wartości jak  „miłość”  czy  „przyjaźń”.
My, „polscy południowcy”, pod różnymi względami, te trzy-cztery dekady wstecz, podtrzymywaliśmy całą Polskę. To stąd szła cała energia, a na pewno ta gospodarcza. Stąd Polacy czerpali bardzo wiele, zaczynając chociażby od fusbalu[6]. Teraz sobie w Warszawie biznesmeni wybudowali „Narodowy”. Nie mam im tego za złe. Mają pieniądze i takie ich prawo. Odnoszę tylko wrażenie, że teraz wszystko koncentrują tam. Trochę tego na Śląsku co prawda jest – ale zdecydowanie za mało. Na szczęście i tak sobie potrafimy z tym poradzić, bo jesteśmy po prostu sumienni. Zaradność i przede wszystkim pracowitość dotyczy Ślązaków. Oraz uczciwość. To są cechy bardzo ważne. W dzisiejszych czasach liczy się niestety głównie cwaniactwo.

Tylko czy to nie jest tak, że jeżeli my będziemy uczciwi, to ten świat – oparty na cwaniactwie – nas zwyczajnie nie oszuka?

JS: I właśnie w tej uczciwości należy jednocześnie nie dać się oszukać. Jak mnie ktoś wykiwa, to pierwsze co mi przychodzi do głowy, to pretensje do samego siebie: „Czemu żeś się doł tak, lebrze[7], wykiwać?”. Dopiero w następnej kolejności mogę „strzelać” do tego, co mnie wykiwał.

Czy Pan na co dzień posługuje się gwarą śląską?

JS: Jo nie musza na siła godać[8], żeby pokozać, jakim żech to nie jest Ślązokiem. Jo nie musza udować Ślązoka – jo nim jest. Bo jo jest tu.

W wielu wywiadach wspominał Pan o tym, że wielkie znaczenie ma dla Pana religia.

JS: Bardziej niż człowiekiem „religijnym” nazwałbym się człowiekiem „wierzącym”. Nie jestem żadnym dewotem. Na pewno wiara jest u nas rodzinna. Jeśli te wartości wpajali mi jeszcze dziadkowie, ojciec i matka, to to ma znaczenie. Jeśli mój stryj, ginąc na bytkowskim drzewie, krzyknął: „Niech żyje Chrystus Król, niech żyje Polska!”, to to ma znaczenie. To zdanie zawiera w sobie dwie ogromnie ważne wartości. To też znaczy, że my – Ślązoki – mamy ogromny szacunek dla Polski. Mój stryj był Ślązakiem. A religijność? Ona zawsze na Śląsku była taka bardzo osobista. I trzeba mieć do tego wielki szacunek. Zgadzam się ze stwierdzeniem, że „wiara czyni cuda”. Uważam, że jeżeli wierzysz w coś nad nami, to wierzysz też w siebie. A wiara w siebie jest kluczowa – oczywiście mówię o takiej wierze niezarozumiałej, bez ego. Można być zadufanym, można być frechownym[9], ale nie o to chodzi. Chodzi konkretnie o taką nieegoistyczną wiarę w swoje możliwości. A żeby ta wiara była nieegoistyczna, to można ją połączyć z tą „z góry”.

To znaczy?

JS: Chodzi o to, co ta wiara ci daje. A potem zaczyna się przekładanie tego na język sztuki. Ja gram w cudownych miejscach: kościołach, kalwariach, pustelniach; odkrywanie świata niesamowite, a to wszystko właśnie poprzez wiarę i muzykę religijną. Moim językiem i moim talentem jest muzyka. Jeśli mogę to zaprezentować w miejscach sakralnych, to ma to jeszcze większe znaczenie. Miałem możliwość zagrania w Watykanie – przecież to jest ogromne przeżycie, zagranie w auli Pawła VI, na organach watykańskich, w obecności żyjącego jeszcze wtedy Jana Pawła II. Grałem dla Polonii w różnych kręgach i zauważyłem pewną rzecz: że Kościół bardzo zbliża i jest na tej obczyźnie taką wysepką, łączącą ludzi.

Odnoszę wrażenie, że Ślązacy wierzą w szczególny sposób; być może wynika to
z trudnej, specyficznej i często tragicznej pracy pod ziemią. Ciągła obawa przed utratą życia nauczyła ludzi mieszkających tutaj pokory.

JS: Zgadzam się. Dlatego też Ślązacy witają się przy robocie „Szczęść Boże”. To jest oczywiste, bo nigdy nie możesz być pewny czy to jest twoje powitanie, czy może też twoje pożegnanie. W taki sposób górnicy pozdrawiają się przy zjeździe na dół. Dzieje się tak dlatego,  bo  wiele  z  tych  robót  jest  wykonywanych  na  granicy  ryzyka.

Ludziom spoza Śląska ten region wydaje się zwyczajnie brzydki. Ciężka architektura, familoki, szare ulice. Ja natomiast uważam, że mimo, iż jest w tym dużo racji, to… tworzy to jednak pewien specyficzny klimat, który może być na swój sposób piękny.

JS: Trzeba pamiętać, że te tzw. familoki były zwykle budowane w pobliżu albo jakiejś kopalni, albo fabryki, albo innego zakładu przemysłowego i nigdy nie miały za zadanie być piękne – powstawały głównie po to, by zapewnić mieszkania robotnikom. To piękno po prostu trzeba wyczuć. Szybom kopalń i szarym dzielnicom niezwykłości nadaje też zieleń – pola i rozległe łąki.

Ten krajobraz jakoś Pana zainspirował?

JS: Jest szarzyzna i są te hołdy[10], to jasne. Ale one też mają swoje kolory, które są w pewien sposób inspirujące. To trochę takie nasze śląskie góry, charakterystyczne dla naszego otoczenia. Jest dużo marasu[11], ale to ze względu na to, że rządził tu zawsze pragmatyzm. Nie wszyscy zajmowali się tym, żeby było ładnie, nie każdy też miał na to czas i pieniądze. Paradoksalnie zawsze jednak dbano o to, żeby okna były perfekcyjnie czyste.

Ślązacy zawsze wielką wagę przywiązywali do czystości…

JS: Ależ oczywiście! Nie mieli może pieniędzy na wielkie posiadłości, ale charakterystyczna jest właśnie ta czystość w familoku i wokół niego.

Czym Śląsk różni się od innych regionów Polski?

JS: Ci wszyscy górnicy wydobywający węgiel razem z pracownikami hut i fabryk zaczęli tworzyć pewną społeczność, która ma swój styl. I ten właśnie styl jest dla Śląska piękny, malowniczy i wyjątkowy. Dziś jest on trochę zdeformowany, a spowodowała to cywilizacja oraz ograbienie terenu. Traktują nas jak rynek zbytu. Dla biznesmenów stanowimy jedynie dużą społeczność, której można wszystko sprzedać. Zdecydowanie powinno się więcej inwestować w ludzi. Gdybyśmy mieli w tej chwili w rządzie swojego Korfantego, to mielibyśmy też w końcu kogoś, kto walczyłby o interesy Ślązaków. Nie mamy jednak takiej osoby i znajdujemy się teraz na uboczu. Śląsk to region, który walczy po swojemu o swoje. Te wartości i cechy, które mamy, powodują, że umiemy być samowystarczalni. Nie stanowimy jakiejś wielkiej atrakcji turystycznej, jesteśmy aglomeracją. Aglomeracją, która jest industrialna. I na tym polega nasza specyfika i oryginalność.
Śląsk to nie tylko folklor w nienajlepszym wydaniu. Mamy wspaniałą kulturę wysoką, muzykę klasyczną, twórców literatury czy naukowców. Nie bójmy się powiedzieć tego, że stoimy intelektualnie bardzo wysoko. Te wszystkie wyznaczniki śląskości typu gwara to tylko dodatki, które oczywiście powinniśmy kultywować, ale też w takim stopniu,
w jakim potrafimy to robić i… nie na siłę.

Koncertuje Pan na całym świecie, nie wykluczając oczywiście Polski. W jaki sposób odbierano  Pana  zespół?
JS: Jako zespół pochodzący ze Śląska często traktowano nas jak Niemców, którzy dzięki koneksjom robią karierę na Zachodzie. My tymczasem, jako SBB, zawsze podkreślaliśmy swoją polskość. Osobiście nigdy nie zaśpiewałem piosenki po niemiecku.

Czy istnieje pojęcie śląskiego modelu rodziny?

JS: Na pewno. Istnieje coś takiego jak rola śląskiej kobiety. Chop robioł na rodzina, a kobieta zajmowała się wychowywaniem dzieci i ogarnięciem domu. Moja mama spełniała się w tym wspaniale. Taki był podział u mnie w rodzinie. O piątej rano, mama brała paroletnią dziołszkę[12] Terenię, moją siostrę, na lodowisko w Katowicach. Autobusy wtedy tak często nie kursowały. Więc bierze ją „na barana” i idzie zimą na tramwaj. I dla mojej mamy było to zupełnie naturalne! Bo ona od zawsze była robotno dziołcha[13], uczyła się roboty od bajtla[14], kiedy to pomagała w kuźni. Ojciec zaś wprowadził dyscyplinę w rodzinie. Zabezpieczał naszą egzystencję. Jego marzeniem było zaoszczędzenie dla mnie na organy Hammonda, a dużo nie zarabiał.
Wtedy taki model rodziny był normalny. Jak jesteś w jakimś określonym układzie, to należy się do niego stosować. To nie może być tak, że każdy sobie rzepkę skrobie i robi, co chce. Jako rodzina mamy moc. Do dziś pojęcie rodziny znaczy dla mnie bardzo wiele – i to się nie bierze z jakichś rytuałów albo reguł, ja to biorę z praktyki. Dla mnie największym osiągnięciem – niezależnie od tego, co mówią inni ludzie – było założenie rodziny, przy jednoczesnej aktywności na scenie. Pojęcie rodziny jest dla mnie ponad wszystkie inne.

Czasy jednak się zmieniają. Stąd nasuwa się pytanie – czy te typowe śląskie wartości również się nie zmienią?

JS: Oczywiście, zmienia się wszystko – upływają wieki, mijają pokolenia, przeobraża się moda. Zawsze jednak na Śląsku zostawały pewne podstawowe wartości, które nas – jako mieszkańców tego regionu – charakteryzowały. Powiedziałbym, że Śląsk to też pewna dyscyplina życia. Oczywiście, zawsze istnieje bunt wobec z góry narzuconych zasad, ja też się buntowałem przeciwko różnym rzeczom, ale pomimo tego naturalnego buntu zawsze coś z tej dyscypliny zostaje. Śląsk zwyczajnie coś wpaja. Uczy twardości i zaradności. Słowem, uczy życia.

W  jakim  sensie?

JS: Na Śląsku od wieków wpajano ważne wartości i to jest to coś, co ten region wyróżnia. Oczywiście, nie zgadzam się ze skrajnościami. Nigdy nie powiem, że Śląsk to tylko gwara czy kultura; moim zdaniem, Ślązacy są przede wszystkim p r a w d z i w i. Perfekcyjnie godający Ślązok może być jednocześnie Ślązokiem parszywym. Można też w ogóle nie umieć gwary i być wspaniałym Ślązakiem z tożsamością – być p r a w d z i w y m. O to tu przede wszystkim chodzi.

Wspominaliśmy o tym, że Ślązacy są uważani za prostych ludzi…

JS: Ale to przecież nie jest zła cecha. Ślązacy, często prości, są bardzo dobrymi ludźmi. Nie można z tego kpić. Zawsze uważałem, że trzeba szanować każdego człowieka, ponieważ on może wiedzieć o pewnych sprawach więcej ode mnie. Ślązak, w tej swojej prostocie, nieegoistycznej wierze w siebie, z tą twardością i prawdziwością, musi być jednocześnie
p o k o r n y. Przede wszystkim pokorny wobec samego życia. To wszystko, co się tutaj znajduje, buduje taką postawę, która jest w moich oczach bardzo piękna.

Dziękuję Panu bardzo za rozmowę.

skrzek1

Józef Skrzek podczas tournee SBB w USA, fot. Eligiusz Kowalczyk 1994, w: A.Hojn, M.Wilczyński, „SBB <<Wizje>>. Autoryzowana historia zespołu”, Katowice 2003, s. 249

Wywiad przeprowadzony w dn. 12.11.2014, autoryzowany w dn. 30.11.2014.

[1] SBB – Silesian Blues Band lub Szukaj, Burz, Buduj (Search, Break, Build); jedna z najwybitniejszych grup rockowych w Polsce, założona w 1971 roku przez Józefa Skrzeka w Siemianowicach Śląskich, wraz z Antymosem Apostolisem i Jerzym Piotrowskim. SBB reprezentowało kilka stylów muzycznych: blues rock, jazz rock oraz rock progresywny. Zespół w trakcie swojego istnienia wydał ok. 50 płyt, w tym 15 albumów studyjnych. Józef Skrzek współpracował z wieloma wybitnymi muzykami krajowej i światowej sceny muzycznej, m. in. z Czesławem Niemenem oraz Tadeuszem Nalepą (informacje pochodzą z książki Andrzeja Hojna i Michała Wilczyńskiego: SBB „Wizje”. Autoryzowana historia zespołu, Katowice 2003). W 2013 roku za całokształt otrzymał on Nagrodę Muzyczną Fryderyk.

[2] ciepany – rzucany

[3] chop – mężczyzna

[4] furgać – latać

[5] bajsnąć – ugryźć

[6] Zapis fonetyczny niemieckiego słowa Fussball – piłka nożna

[7] leber – naiwniak, frajer

[8] godać – mówić

[9] frechowny – bezczelny, buńczuczny, zarozumiały

[10] hołdy – hałdy

[11] maras – brud

[12] dziołszka – dziewczynka

[13] robotno dziołcha –  pracowita dziewczyna

[14] bajtel – dziecko

Zwykły wpis

O hejcie

Żeby zacząć rozmawiać o tak zwanym hejcie i o tak zwanych hejterach, musimy najpierw umieć poprawnie zdefiniować samo znaczenie tych pojęć, które pochodzą – bądź co bądź – z internetowej nowomowy (fakt, że słowo to jest fonetycznie zapisaną kalką od angielskiego „hate” – czyli nienawiść – jest chyba dla wszystkich dość oczywisty).
Słownik SJP.pl nie tłumaczy samego pojęcia „hejt”, sięgnąłem zatem w tym przypadku do słownika slangu miejskiego i mowy potocznej (www.miejski.pl). Definicja tego, czym właściwie hejt jest, zdaje się być tu zaskakująco łagodna: według autorów jest to bowiem jedynie „negatywny pogląd, z którego hejter czerpie przyjemność”.  No właśnie – ale kim jest „hejter”? Tu już słownik sjp nie zawodzi i dość dosadnie objaśnia, że jest to „osoba wyrażająca opinie pełne nienawiści, negatywności”.

Mając za sobą sprawy formalne, warto zastanowić się nad tym, w jaki sposób zjawisko hejtowania jest obecne w internecie, jak wykorzystują je środowiska medialne i czy należy z nim walczyć. Eryk Mistewicz, szef kwartalnika opinii „Nowe media”, twierdzi, że „hejt stał się elementem modelu ekonomicznego działania portali, stacji telewizyjnych oraz celebrytów medialnych”. W zdaniu tym jest przemycona dość ważna teza, mówiąca o tym, że hejt, poprzez swoją szeroką obecność w internecie, poza sam internet właściwie już wyszedł i przenosi się na inne media. Z zaostrzeniem języka obecnego w debacie publicznej spotykamy się już nie tylko w rzeczywistości wirtualnej, ale także w tej prawdziwej – na takiej samej zasadzie, na jakiej portale internetowe próbują zwiększać „klikalność” swoich tekstów (a co za tym idzie – wpływy z reklam), tak samo kusić zaczynają media w formie tradycyjnej, co widać chociażby po okładkach magazynów typu „Newsweek”, „Wprost” czy „wSieci”.
Tabloidyzacja języka medialnego ma miejsce od momentu, w którym zauważyliśmy, że ludzka nienawiść to uczucie, na którym całkiem sporo można zarobić.  Nie wystarczy już zaciekawić widza interesującym tematem czy tytułem – należy zagrać na jego emocjach, wzbudzić w nim chęć przywalenia w mordę oponentowi, która to – za sprawą sieciowej anonimowości – przybiera formę bezkarnego i wzajemnego opluwania się na różnych portalach.
No dobrze, powiecie, rozwiązanie zatem wydaje się być dość proste – konsekwentna moderacja. Niestety, nie do końca. Jak pisze wspomniany wcześniej Eryk Mistewicz, „eliminowanie hejterów oznaczałoby jednak spadek liczby odwiedzin stron, a co za tym idzie możliwość sprzedawania na nich reklam”. Nie wiadomo o co chodzi? A zatem… no, znacie dalszą część.

W takim razie jak w tym wszystkim wyróżnia się dziennikarz piszący notkę z myślą o ruchu hejterskim wśród swoich komentujących? W mojej opinii nie jest on w niczym lepszy. Ba, gdyby się tak głębiej zastanowić, to jest on od samych hejterów nawet gorszy, bo mimo, że wprost – posługując się własnym imieniem i nazwiskiem – raczej nikogo nie zaatakuje w sposób wulgarny, to prowokuje on takie zachowania u czytelników. I tak, warto zadać takiemu dziennikarzowi pytanie na temat tego, czym według niego jest etyka dziennikarska.

Z drugiej jednak strony, można zaobserwować  w tej chwili pewnego rodzaju internetową kontrrewolucję, która ze swoim tworem postanowiła zacząć walczyć. Ilustracja mojego wpisu jest logiem strony http://www.hejtstop.pl, która jest elementem kampanii mającej na celu piętnowanie hejterstwa i szeroko rozumianej „mowy nienawiści”, skupiającej się głównie na hejtach „w realu”, np. obraźliwych napisach na murach. Kampanii – warto dodać – przynoszącej na razie odwrotny skutek do zamierzonego…
Intencja, przyznacie, całkiem słuszna. Nie będę przytaczał tu przysłowia na temat tego, czym jest wybrukowane piekło (już i tak wyczerpałem swój narzucony limit banałów na notkę, nie kończąc wcześniej powiedzenia na temat pieniędzy), wystarczy jednak tylko wejść na stronę hejtstop.pl w zakładkę „zgłoszenia”, by przekonać się, że akcja jest na razie jednym wielkim niewypałem i przypomina bezowocną walkę z wiatrakami. Cała strona padła ofiarą zmasowanego ataku, nomen omen, trolli internetowych (różnica pomiędzy hejterem a trollem jest taka, że ten pierwszy kipi nienawiścią, a ten drugi robi sobie – kolokwialnie rzecz ujmując – zwyczajne „jaja”), którzy zaczęli wstawiać prześmiewcze wpisy, często same podpadające pod kategorię bycia hejtem. Dość powiedzieć, że większość zgłoszeń ma w swoim adresie zapisaną „ulicę gen. Andersa Breivika”. Przypominam, cały czas znajdujemy się na stronie, która ma hejtowi zapobiegać.
To dopiero ironia.

Całe to rozważanie prowadzi mnie do dość prostej konkluzji – ani hejtu, ani tym bardziej trollingu internetowego, zwalczyć się nie da. Taki stan rzeczy ma jedną, fundamentalną przyczynę – internet to pierwsze medium w historii ludzkości, które jest w pełni nieocenzurowane. Wiążą się z tym zarówno rzeczy bardzo dobre, jak i bardzo złe. I… należy się z tym pogodzić. Z tym, że wchodząc do internetu trzeba włączyć tę stronę własnej osobowości, która potrafi docenić (lub przynajmniej tolerować) czarny humor, która potrafi zdzierżyć wulgaryzmy, która potrafi przeboleć chamstwo i która ma na tyle dystansu do świata, by po wszystkim wyłączyć komputer i cały ten jad, którym została opluta, spokojnie z siebie wytrzeć.
Nie znaczy to oczywiście, że hejtowanie mamy zachwalać. Już sam Schopenhauer w swojej „Erystyce” pisał, że argumentum ad personam jest najniższą formą interakcji międzyludzkiej, więc w środowiskach w internecie, które są na tyle inteligentne, by działanie hejtu skutecznie ograniczać, powoływanie się na słowa niemieckiego filozofa może okazać się przecież całkiem skutecznie. Musimy zdać sobie bowiem sprawę z jednej, bardzo ważnej rzeczy – tak naprawdę to, jakie treści odbieramy przeglądając internet zależy przede wszystkim od nas. To my mamy decydujący głos na temat tego, co chcemy czytać, a w całej tej medialnej anarchii znalezienie odpowiedniego dla nas porządku nie jest wcale znowu takie trudne.

Bezpośrednia walka z hejterstwem jest z góry skazana na porażkę, bo jej jedynie skuteczna forma będzie musiała przyjąć formę elektronicznego autorytaryzmu i odgórnie narzuconej cenzury (na co, jak pięknie pokazało nasze społeczeństwo kilka lat temu w sprawie ACTA, pewnie nigdy się nie zgodzimy). Najskuteczniejszym sposobem jest zatem ignorowanie takich treści. Serio – życia by nam nie starczyło, jeżeli mielibyśmy wskazywać palcami niepoprawne politycznie wpisy, które ktoś tam, gdzieś tam, kiedyś napisał.

Internet ma to do siebie, że to my, jako jego użytkownicy, personalizujemy kształt, w jakim on do nas dociera. Należy zatem zrozumieć specyfikę tego medium i jego nieograniczoną, często zupełnie anonimową, wolność, która sprawia niestety, że niektórzy ludzie zaczynają zachowywać się już mniej jak ludzie, a bardziej jak zwierzęta. Cóż – jakby to powiedziała rybka Doris… mówi się trudno.
Warto natomiast walczyć o to, byśmy to my we wspomniane zwierzęta się nie zamienili.

Zwykły wpis

Zróżnicowanie krajobrazów kulturowych Górnego Śląska i ich wpływ na „niezwykłość” mieszkańców

fot. 2013 r. - ze zbiorów UM Siemianowice Śląskie

fot. 2013 r. – ze zbiorów UM Siemianowice Śląskie

Poniżej zamieszczam moją pracę w formacie pdf, zatytułowaną tak samo jak ten wpis, dzięki której udało mi się dostać do finału Olimpiady Wiedzy o Górnym Śląsku i w konsekwencji wygrać indeks na dziennikarstwo i komunikację społeczną na Uniwersytecie Śląskim.

Dodam, że na potrzeby tej pracy przeprowadziłem również po raz pierwszy w życiu wywiad, a udało mi się porozmawiać ze sławnym muzykiem grupy SBB, Józefem Skrzekiem. Efekt tej rozmowy prezentuję w rozdziale czwartym, zatytułowanym „O muzyce i poezji” (strona 27).

Zróżnicowanie krajobrazów kulturowych Górnego Śląska i ich wpływ na ”niezwykłość” mieszkańców.

Zwykły wpis